Strupczewski: Budowa elektrowni atomowej jest nie tylko możliwa, ale i konieczna (ROZMOWA)

16 czerwca 2020, 07:31 Atom
Rozmowa BiznesAlert.pl. Prof. Andrzej Strupczewski

– Dostosowanie prawa atomowego i rozporządzeń Rady Ministrów mamy już za sobą, badania lokalizacyjne trwają i PGE EJ1 prowadzi intensywne prace dla zakończenia badań lokalizacyjnych i przedstawienia raportów na jesieni 2021 roku – mówi dr inż. Andrzej Strupczewski, prof. Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

BiznesAlert.pl: Panie Profesorze, cały czas dyskutujemy o rozwoju energetyki jądrowej w Polsce i budowie pierwszej elektrowni atomowej. Na jakim etapie są obecnie prace? Czy mamy jakiekolwiek szanse na realizację takiego projektu? Ostatnio spotkałam się z ciekawą opinią, że jesteśmy mistrzami świata, ale w dyskusji o atomie. Gorzej jest z realizacją projektów. W czym jest problem?

Prof. Andrzej Strupczewski: Decyzja o budowie energetyki jądrowej w Polsce została podjęta już wiele lat temu i mimo zmian partii rządzących, pozostaje ona w mocy. Proces przygotowania budowy pierwszej elektrowni jądrowej jest jednak długi, wymaga dostosowania prawa atomowego i rozporządzeń wykonawczych, a potem wyboru lokalizacji i jej zatwierdzenia, zanim otworzy się przetarg na dostawę pierwszego bloku jądrowego. Dostosowanie prawa atomowego i rozporządzeń Rady Ministrów mamy już za sobą, badania lokalizacyjne trwają i PGE EJ1 prowadzi intensywne prace zakończenia badań lokalizacyjnych i przedstawienia raportów na jesieni 2021 roku.

Realizacja tego projektu jest nie tylko możliwa, ale i konieczna. Dla wydobycia węgla kamiennego trzeba schodzić coraz głębiej i oceny ekspertów górniczych przewidują, że koszty polskiego węgla będą rosły, a już obecnie są wyższe niż koszty węgla importowanego. W Polsce średnia głębokość kopalni wynosi ok. 700 m. Dla porównania w Chinach czy Indiach jest to dużo mniej, bo ok. 460 i 150 metrów. Sięganie coraz głębiej po surowce  przekłada się na koszty wydobycia a tym samym na konkurencyjność polskiego węgla. W 2019 roku Polska zaimportowała ponad 16 mln ton węgla kamiennego. Wystarczalność zasobów operatywnych węgla kamiennego w Polsce wynosi 40-50 lat w zależności od wysokości strat przy eksploatacji. Węgiel brunatny wokół Bełchatowa kończy się i obecnie eksploatowane złoża mają zostać wyczerpane do około 2035 roku. Jeśli zrealizowana będzie budowa nowej odkrywki w Złoczewie, to trzeba będzie wozić miliony ton węgla brunatnego na odległość 55 km, co wiąże się z dodatkowymi kosztami, a strat ludzkiego zdrowia i zniszczenia regionu przez nową kopalnię odkrywkową nie zrekompensują podatki płacone okolicznym gminom przez elektrownię.

Modne obecnie nawoływanie do intensywnego rozwoju elektrowni wiatrowych i solarnych nie uwzględnia faktu, że okresy ciszy wiatrowej mogą trwać kilkanaście godzin a nawet kilka dni. W Niemczech okresy ciszy wiatrowej trwają na lądzie po 4–5 dni, a na Bałtyku również sięgają 100 godzin. Niemożliwe jest zmagazynowanie energii, by zapełnić braki w ciągu tak długiego okresu ciszy wiatrowej – dlatego obok systemu energetyki odnawialnej konieczne jest tworzenie rezerwowego systemu źródeł, dających stabilne i kontrolowane zasilanie systemu energetycznego. Oznacza to ogromne niepotrzebne wydatki. Skutki tego widać na przykładzie Niemiec, które przez forsowną rozbudowę źródeł wiatrowych i słonecznych doprowadziły do ogromnych dodatkowych wydatków wynoszących rocznie 25 miliardów euro rok po roku. Oznacza to dodatkowe wydatki roczne równe 1250 euro na każdą niemiecką rodzinę czteroosobową. Można wątpić, czy Polacy zdecydują się na wydawanie dodatkowo 6000 zł rocznie przez każdą rodzinę, w zamian za przywilej chwalenia się, że nasz prąd pochodzi z „bezpłatnych” źródeł odnawialnych.

Strzelecki: Atom potwierdził odporność na kryzys (ROZMOWA)

Ministrowie energetyki w kolejnych rządach zdają sobie sprawę z potrzeby wprowadzenia energetyki jądrowej do polskiego miksu energetycznego. Niestety proces budowy elektrowni jądrowej trwa zawsze długo, prace przygotowawcze i analizy bezpieczeństwa do czterech lat, a sama budowa od wylania pierwszego betonu strukturalnego do przesłania prądu do sieci energetycznej do 6-7 lat. Oznacza to, że ekipa rządząca zaczynająca budowę nie będzie zbierać owoców swoich wysiłków, bo wydatki na budowę zwracają się po 16-20 latach, i dopiero wtedy elektrownia jądrowa zaczyna przynosić zyski na czysto. Zyski te są duże – jak widać na przykładzie krajów, które mają zaawansowany rozwój energetyki jądrowej, jak Francja (17 eurocentów za kWh), w porównaniu z Niemcami (30 eurocentów za kWh) lub Danią (31 centów/kWh) dążącymi do rozwoju OZE. Tak więc elektrownię jądrową buduje się dla czystego powietrza, dla nas i naszych dzieci – ale to nie stanowi bodźca dla polityków, którzy chcą być wybrani na następną kadencję, już za cztery lata.

Tym niemniej rzeczywistość i ogólna polityka Unii Europejskiej zmusza nas do budowy elektrowni jądrowych. Już obecnie cena emisji dwutlenku węgla wzrosła z pięciu do 35 euro/tonę CO2, a w następnych latach ma jeszcze wzrosnąć. Unia Europejska chce, aby do 2050 roku jej gospodarka była neutralna dla środowiska, co w praktyce oznacza pełną dekarbonizację. Polska też musi planować zmniejszenie roli węgla – a zastąpić go może tylko energia jądrowa.

Myśląc o budowie elektrowni jądrowej w Polsce, musimy mieć na uwadze nie tylko technologię i finanse, ale i kadry. Czy mamy odpowiednią kadrę, niezbędną do funkcjonowania elektrowni jądrowej w Polsce? Czy już dziś powinniśmy myśleć o jej rozwoju i szkoleniu?

W Polsce mamy doskonałych inżynierów energetyków, którzy umieją budować elektrownie węglowe i eksploatować je mimo ich zaawansowanego wieku. Gdy budowaliśmy Żarnowiec,  w ciągu dwóch lat udało się nam przeszkolić ponad tysiąc inżynierów i techników tak, że mogli oni produkować elementy i systemy elektrowni jądrowych. Przygotowaliśmy też kadrę dla rozruchu i eksploatacji elektrowni jądrowej i to tak dobrze, że nasi specjaliści działali później jako eksperci Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, prowadząc rozruch i szkolenie w reaktorach jądrowych w innych krajach. Obecnie też mamy wielu potencjalnych kandydatów do szkolenia i pracy w energetyce jądrowej, na wielu wyższych uczelniach w Polsce otwarto specjalności jądrowe, a brak tylko definitywnej decyzji „dziś start!”. Zanim skończymy budowę elektrowni jądrowej obecni inżynierowie energetycy zdążą przejść pełny cykl szkolenia i zapewnią nam własne polskie wykwalifikowane kadry.

Rok temu zelektryzowała nas informacja, że firma Synthos, której współwłaścicielem jest najbogatszy Polak Michał Sołowow, zamierza zbudować elektrownię atomową w Polsce we współpracy z GE Hitachi Nuclear Energy. Czy taki model inwestycji mógłby się sprawdzić? Może sektor powinien szukać nadziei w prywatnych inwestycjach…

Chęć budowy reaktora małej lub średniej mocy na licencji GE Hitachi Nuclear Energy dobrze świadczy o zdrowym zmyśle biznesowym pana Michała Sołowowa, ale od deklaracji chęci budowy do rzeczywistego zbudowania i uruchomienia reaktora jest daleka droga. Trzeba wykonać te same analizy i raporty o bezpieczeństwie i wpływie reaktora na środowisko, opracować analizy lokalizacyjne, uzyskać potrzebne zezwolenia i przeprowadzić budowę podobnie jak w przypadku elektrowni dużej mocy. A przede wszystkim, reaktor opracowany przez GE Hitachi nie jest jeszcze licencjonowany w żadnym kraju, trzeba więc przeprowadzić cały proces udowodnienia jego bezpieczeństwa i wykonalności, by uzyskać licencję na budowę. W sumie trudności są podobne jak w przypadku reaktora dużej mocy, a w efekcie uzyska się dużo mniej energii niż z elektrowni z reaktorem III generacji, planowanej obecnie w Polsce. Inwestycja pana Sołowowa może spełnić pożyteczną rolę, rozwiewając wiele obaw społecznych, ale nie jest alternatywą programu budowy dużych bloków.

Polska była ofiarą ataku dezinformacyjnego związanego z pożarami lasów na Ukrainie w Strefie Wykluczenia i radioaktywną chmurą. Mam wrażenie, że w Polsce krąży „duch” katastrofy w Czarnobylu z 1986 roku, który utrudnia nam ocenę roli energetyki jądrowej. Czy możemy dziś inwestować w atom, jeśli jako społeczeństwo alergicznie reagujemy na incydenty z obszaru radioaktywności? Czy powinniśmy jednak pomyśleć o solidnej edukacji w kwestii energetyki jądrowej?

Straszyć jest zawsze łatwiej niż przekonywać, że coś nie sprawia zagrożenia. W przypadku energetyki jądrowej głównym narzędziem do straszenia społeczeństwa jest szerzenie obaw przed promieniowaniem, które według aktywistów antynuklearnych rzekomo ma powodować raka. W rzeczywistości małe dawki promieniowania, podobne jak otrzymujemy ze źródeł naturalnych lub kilkakrotnie większe, nie stwarzają zagrożenia, przeciwnie, pobudzają w naszym organizmie procesy obronne, które przeciwdziałają powstawaniu nowotworów nie tylko z powodu popromiennych uszkodzeń komórek, ale i z powodu procesów utleniania zachodzących ciągle w naszym organizmie.

Każda emisja promieniowania oznacza, że atom, który to promieniowanie wysłał, już nie może tego promieniowania wysłać po raz drugi. Dlatego natężenie promieniowania we wszechświecie maleje z każdym rokiem. Gdy powstawały komórki, z których dziś zbudowane są nasze ciała, promieniowanie było dużo większe niż obecnie. Aby życie mogło istnieć, musiały rozwinąć się procesy broniące nas przed uszkodzeniami wskutek działania promieniowania. A ponieważ te procesy obronne chronią nas przed wszystkimi uszkodzeniami komórek, których jest tysiące razy więcej niż uszkodzeń wskutek promieniowania, pobudzenie tych procesów obronnych daje w efekcie zmniejszenie zachorowań na raka. Potwierdzają to setki badań na milionach ludzi, którzy otrzymali lub wciąż jeszcze otrzymują zwiększone dawki promieniowania – i są zdrowsi niż inni.

Zrozumienie, że promieniowanie emitowane przez elektrownie jądrowe nie szkodzi naszemu zdrowiu jest rzeczywiście sprawą ważną i wprowadzenie tej wiedzy na lekcjach fizyki i biologii mogłoby odwrócić psychozę lęku szerzoną obecnie przez przeciwników energetyki jądrowej.

Czy koncepcja małych reaktorów modułowych (SMR) to mrzonka?

Nie, to zupełnie konkretna możliwość i można oczekiwać, że jeszcze w tej dekadzie małe reaktory modułowe SMR uzyskają pierwsze zezwolenia na budowę i eksploatację. Ale jak mówiłem przy okazji deklaracji pana Michała Sołowowa, ilość prac przygotowawczych, badań lokalizacyjnych, analiz bezpieczeństwa i uzyskiwania zezwoleń jest bardzo duża, niewiele mniejsza niż w przypadku dużych bloków energetycznych. Dlatego wprowadzenie SMR-ów jest jeszcze wciąż sprawą przyszłości, Ponadto trzeba pamiętać, że do uzyskania mocy 1000 MW z reaktorów SMR potrzeba więcej wyposażenia – zbiorników, rurociągów, kabli itd. – niż w przypadku bloków dużej mocy. A skoro za to wyposażenie nie trzeba płacić w chwili budowy, to ktoś inny musi ponieść jego koszty. Ten inny to producent SMR-ów, który musi zbudować odpowiednie fabryki, wyprodukować wszystkie potrzebne elementy, przechowywać je, a następnie dostarczać na miejsce budowy SMR-ów. Za ten proces produkcyjny trzeba zapłacić – dlatego w przeliczeniu na megawat, reaktory SMR są droższe niż duże bloki. Sądzę, że w Polsce duże bloki powstaną wcześniej niż reaktory SMR.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Patrycja Rapacka

Kurtyka: Atom może zastąpić węgiel w produkcji energii w Polsce