Zawadzka: Górski Karabach dalej napędza konflikt azersko-ormiański

4 listopada 2020, 13:00 Bezpieczeństwo
Armenia flaga
Źródło: Flickr

Trwająca od przeszło miesiąca wojna między Armenią i Azerbejdżanem o Górski Karabach pochłonęła już około kilku tysięcy istnień po obu stronach. To, co wielu analityków brało za powtórkę starć w 2016 roku, przerodziło się w najkrwawsze potyczki od czasów pierwszej wojny o ten region w latach 90. XX wieku. Tamta wojna skończyła się zawieszeniem broni, podpisanym w 1994 roku, jednak nigdy tak naprawdę nie wygasła – pisze Małgorzata Zawadzka, specjalistka w obszarze Kaukazu Południowego i Azji Centralnej.

Walka o Górski Karabach

Choć przez blisko 30 lat negocjacje w Grupie Mińskiej były zrywane to przez jedną, to przez drugą stronę, oficjalnie pokojowe rozwiązanie tego sporu było dla nich akceptowalnym wariantem. Zasadniczym problemem było jednak to, że i Erywań, i Baku pokój rozumiały zgoła odmiennie – akceptację przez drugą stronę nieakceptowalnych warunków.

Walki toczą się o terytorium tzw. Republiki Górskiego Karabachu (RGK), składającej się z większości ziem dawnego Nagorno-Karabachskiego Obwodu Autonomicznego (NKOA), wchodzącego niegdyś w skład Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, oraz siedmiu azerskich powiatów między NKAO i właściwą Armenią. Ormianie, stanowiący większość mieszkańców Górskiego Karabachu, domagali się przyłączenia do Armenii, czemu sprzeciwiał się rząd w Baku. Po trwającej dwa lata wojnie (1992-1994), z której zwycięsko wyszli Ormianie, region znalazł się w próżni – de iure został uznany za terytorium Azerbejdżanu, de facto zaś pozostał republiką pod kontrolą Armenii, nieuznawaną przez żadne państwo na świecie. Mimo zawieszenia broni wzajemne ostrzały pozostały codziennością, a azerskie wojsko okazjonalnie podejmowało próby odbicia części terytorium. Największa miała miejsce w 2016 roku – jej rezultatem, okupionym wielką ofiarą, było zajęcie przez Azerów zaledwie kilku wzgórz. Kolejne potyczki, możliwe, że wywołane przypadkowo, miały miejsce dopiero w lipcu 2020 roku.

W pułapce krajowych ratingów

Intensywność działań zbrojnych Azerbejdżanu była dla Ormian zaskoczeniem. Dotychczas wojska RGK – a w praktyce mieszane siły RGK i Armenii – odnosiły sukcesy w walce z przeciwnikiem i zwykle nie trwała ona dłużej niż kilka dni. Wynikało to przede wszystkim ze sprzyjającego obrońcom ukształtowania terenu, ale też i stanowczej postawy Rosji, której zależało na utrzymaniu statusu quo. Dzięki temu Moskwa mogła zbroić obie strony, jednocześnie stanowiąc gwaranta stabilnej sytuacji. Diametralną zmianę przyniosła rewolucja w 2018 roku, która do władzy wyniosła Nikola Paszyniana, obecnie premiera. Ponieważ Paszynian nie pochodził z klanu karabachskiego, tj. grupy krewnych i znajomych byłych prezydentów Armenii, a zarazem weteranów pierwszej wojny w Karabachu – Roberta Koczariana i Serża Sargsjana, odżyły nadzieje na ożywienie negocjacji w ramach Grupy Mińskiej OBWE. Z czasem ugodowy ton nowego premiera zastąpiły bardziej radykalne stwierdzenia, jak w czasie jego wizyty w Karabachu w 2019 roku, gdy oznajmił, że „Arcach [orm. nazwa Karabachu – przyp. aut.] to Armenia i kropka”. Szereg innych niefortunnych decyzji – m.in.: krytyka zasad madryckich (głównych ustaleń procesu pokojowego w Grupie Mińskiej), nowa doktryna obronna, a także plany przeniesienia parlamentu RGK ze Stepanakertu do Şuşy, mieście o wielkim kulturowym znaczeniu dla Azerów – zostały uznane przez Baku za prowokację.

W samym Azerbejdżanie widoczny był wzrost postaw nacjonalistycznych, analogiczny do tego w Armenii. Prezydent nadkaspijskiej republiki, Ilham Alijew, coraz częściej otwarcie zaczął wyrażać niezadowolenie z jałowości negocjacji i braku postępów. Jak twierdzili azerscy przywódcy, w takiej sytuacji nie można wykluczyć militarnego rozwiązania konfliktu. Gdy w lipcu 2020 roku wybuchły starcia na granicy Armenii i Azerbejdżanu, w Baku odbył się wielki, prowojskowy wiec, zorganizowany przez szczątkową azerską opozycję. Było to niespotykane jak na Azerbejdżan wydarzenie, jako że tamtejsze społeczeństwo zazwyczaj pozostaje bierne politycznie. Dla władz, obawiających się podobnego do ormiańskiego przewrotu na własnym podwórku, był to alarmujący sygnał przebudzenia społecznego. Naftowy gigant przez ostatnie lata rozbudowywał także swój arsenał, inwestując przede wszystkim w bezpilotowce i amunicję krążącą, a także nowoczesne narzędzia walki informacyjnej i radiowej. Właśnie ta technika zadecydowała o militarnej przewadze w jesiennej wojnie.

Zagadka zaangażowania Turcji

Co jednak sprawiło, że dotychczasowe grożenie palcem przerodziło się w prawdziwą wojnę? Po pierwsze, układ sił międzynarodowych, wyjątkowo korzystny dla Azerbejdżanu. Stosunki między Armenią a Rosją, mimo obowiązującego sojuszu wojskowego i gospodarczego, były, delikatnie mówiąc, chłodne. Kreml wyjątkowo nieprzychylnie patrzy na polityków, którzy do władzy zostali wyniesieni przez „kolorowe rewolucje”. Ale to proces Koczariana, prywatnie pozostającego w bardzo dobrych kontaktach z Władimirem Putinem, został odebrany przez prezydenta Rosji jako osobista zniewaga. Po drugie, w USA trwa obecnie wyścig o fotel prezydencki, co znacznie ogranicza reakcje tamtejszych polityków. Wreszcie, z dyplomatycznego niebytu Azerbejdżan wydobyła Turcja.

Pytań o przyczyny, ale i o rozmiar zaangażowania Turcji jest wiele. Od miesięcy na linii Moskwa-Ankara rosło napięcie, spowodowane z jednej strony sprzecznością interesów na Bliskim Wschodzie, z drugiej odmową kupna rosyjskiej ropy przez Turcję. Dostawy rekompensowano ropą z Azerbejdżanu, który stał się głównym eksporterem tego surowca do pokrewnej republiki. Pewną wskazówką może być decyzja o uznaniu przez ormiańskiego premiera oraz prezydenta Traktatu z Sevres (1920) jako elementu polityki zagranicznej. Zakładał on scedowanie ziem wschodniej Turcji na rzecz Armenii (te postanowienia zrewidowano w ramach Traktatu w Lozannie z 1923 roku), co Ankara odebrała jako roszczenia terytorialne.

Prezydent Azerbejdżanu otwarcie przyznał, że Turcja wsparła jego kraj sprzętem wojskowym. Po wspólnych manewrach w sierpniu na terenie Azerbejdżanu pozostały tureckie myśliwce F-16, choć oficjalnie nie brały udziału w walkach. Rosyjski „Kommiersant” donosił także, że rzekomo około 600 oficerów tureckich sił zbrojnych – w tym operatorzy dronów – wspomaga Azerów. Tymczasem ormiańskie władze, wspierane w tej narracji przez Moskwę, oskarżają Turcję o rekrutowanie syryjskich bojowników do walki w Karabachu. Niewykluczone, że istotnie najemnicy z Syrii znajdują się w Azerbejdżanie, lecz nadal brakuje jednoznacznych dowodów. Zdecydowana większość z masy materiałów jest bowiem niskiej wiarygodności, zwłaszcza w obliczu tak intensywnej walki informacyjnej.

Mrzonki o pokoju

Perspektywy pokojowego uregulowania konfliktu na chwilę obecną są jedynie mrzonką. Tak jak Ormianie 30 lat temu, dzisiaj Azerowie maksymalnie wykorzystują militarne zwycięstwo. Podczas gdy wielu komentatorów powątpiewało w realne zwycięstwo Baku, wskazując na słabe postępy piechoty, Azerbejdżan kontynuował ostrzał z powietrza dzięki nowoczesnym bezzałogowcom i amunicji krążącej, szczególnie zaś wykorzystując Bayraktary tureckiej produkcji. Dzisiaj w zasięgu artylerii jest już korytarz laczyński, droga łącząca Armenię i RGK. Oznacza to odcięcie Karabachu od dostaw nie tylko broni, ale też leków i żywności. Druga droga została uszkodzona za pomocą rakiety balistycznej (być może to izraelska LORA) i również może zostać ostrzelana. Premier Armenii oświadczył 22 października, że dopuszcza wprowadzenie rosyjskich wojsk pokojowych do Karabachu, czyli sytuacji, zawzięcie unikanej przez obie strony. Wydaje się też, że Rosja, po nieudanych próbach mediacji i ostrzeżeń militarnych (manewrów na Morzu Kaspijskim), nie może zaoferować już więcej rozwiązań. W czasie posiedzenia Klubu Wałdajskiego Putin oświadczył, że „sytuacja, gdy Azerbejdżan nie kontroluje znacznej części swojego terytorium, nie może trwać wiecznie”.

Wątpliwe także, czy ludność karabachska – na chwilę obecną zapewne około 60 tys. pozostałych – zaakceptuje nową rzeczywistość. Dla Ormian ta walka ma wymiar egzystencjalny. Centralnym punktem ormiańskiej tożsamości jest bowiem ludobójstwo przeprowadzone przez młodoturków w 1915 roku. Azerowie, również mający na sumieniu czystki etniczne Ormian, są natomiast utożsamiani z Turkami, często nawet językowo. Z kolei w azerskiej pamięci historycznej jednym z najważniejszych wydarzeń jest masakra cywili w Xocalı w 1992 roku, dokonaną na początku pierwszej wojny karabachskiej. Retoryka wobec Ormian jest mieszana – część Azerów wyobraża sobie powrót do wspólnej koegzystencji, zaznaczając jednak, że to byłoby trudne, gdyż są to wrogowie. Dlatego oferta Alijewa – autonomia i przyjęcie obywatelstwa Azerbejdżanu – traktowana jest przez stronę ormiańską jako wyłącznie zagrywka propagandowa.

Druga wojna karabachska jest porażką łączącą Rosję i Zachód. Niezależnie od tego, czy Azerbejdżan odzyska pełną, czy częściową kontrolę nad Karabachem, blisko 30 lat negocjacji nie przyniosło jakiekolwiek rozwiązania, zaś miesiąc wojny – tak. Pytanie, czy Ormianie w perspektywie kilkunastu najbliższych lat pogodzą się z utratą Karabachu, czy będą próbowali go odzyskać, np.: poprzez akty terrorystyczne. Ponadto tym razem to nie tylko Azerbejdżan będzie się musiał zmierzyć z oskarżeniami o zbrodnie wojenne i bombardowania obiektów cywilnych. Przegrana wojna zapewne posłuży ormiańskiej opozycji – głównie poprzednim elitom – do obalenia Paszyniana i oczernienia demokratycznych reform. W wywiadzie dla rosyjskiej telewizji prezydent Azerbejdżanu sugerował, że z poprzednimi ormiańskimi liderami był znacznie bliższy osiągnięcia sukcesów w negocjacjach. Z pewnością natomiast wojna umocni jego władzę, i, tym samym, autorytarny system. Alijew, były hazardzista, postawił wszystko na va bank i, zdaje się, tym razem zgarnął całą pulę.

Przesył rosyjskiego gazu przez Ukrainę spadł do historycznego minimum