Marszałkowski: Gorący sierpień na Białorusi. Czy nastąpi przesilenie?

31 lipca 2020, 07:31 Bezpieczeństwo
Podpis na banerze „Wybory prezydenta Republiki Białoruś” fot. Maksim Malinowski
Podpis na banerze "Wybory prezydenta Republiki Białoruś" fot. Maksim Malinowski

Wybory prezydenckie na Białorusi, które odbędą się dziewiątego sierpnia bieżącego roku, będą miały inny charakter niż te z 2015 czy 2010 roku. Składa się na to wiele czynników związanych z otoczeniem międzynarodowym, gospodarczym oraz społecznym w tym kraju. Czy sytuacja dojrzała do przesilenia i dojdzie do zmiany po ćwierćwieczu rządów Aleksandra Łukaszenki? – zastanawia się Mariusz Marszałkowski, redaktor BiznesAlert.pl.

Trudne położenie Łukaszenki

Społeczeństwo białoruskie jest coraz bardziej zmęczone 26-letnimi rządami Aleksandra Łukaszenki. Trudną sytuację pogłębia kryzys związany z epidemią SARS-Cov-2, jak i problemy gospodarcze Białorusi, które nawarstwiają się od wielu lat. Łukaszence coraz trudniej utrzymać stabilność systemu, na którym oparta jest jego władza. Żadnych wcześniejszych wyborów prezydenckich w tym państwie nie można uznać za wolne i demokratyczne. Sam proces wyborczy znacznie odbiegał od standardów,  które zwykle przyjmuje się na zachodzie. Tegoroczna kampania wyborcza cechuje się jednak znacznie większym natężeniem ingerencji władzy, niż wybory z lat poprzednich.

Wyznacznikiem tego był sam proces rejestracji kandydatów na prezydenta przez Centralną Komisję Wyborczą. Po pierwsze, w wyniku aresztowań pod mglistymi zarzutami, do rejestracji nie dopuszczono głównych pretendentów do prezydenckiego fotela, Wiktara Babaryki i Siergieja Cichanouskiego. Babaryka oskarżany jest o malwersacje finansowe i pranie brudnych pieniędzy przez Biełgazprombank, którym kierował przez ponad 20 lat. Powód aresztowania Cichanouskiego i przez to niedopuszczenie do jego rejestracji wydaje się jeszcze bardziej kuriozalny. 29 maja został on aresztowany podczas zbierania podpisów pod listami poparcia, wymaganymi do złożenia wniosku o rejestrację kandydata. Zarzuty wobec niego ewaluowały od zakłócania porządku publicznego do utrudniania organizacji wyborów. Prawdopodobnie był to efekt prowokacji służb bezpieczeństwa.

Dodatkowym elementem represjonującym był zakaz prowadzenia sondaży przedwyborczych (również w internecie) pod groźbą kary więzienia. Według sondaży publikowanych przez rządowe środki masowego przekazu, Łukaszenka może liczyć na poparcie oscylujące w okolicy 60 -70 procent, jednak nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. W ankietach na portalach internetowych w maju, kiedy jeszcze można było je przeprowadzać, Łukaszenka otrzymywał minimalne poparcie. Z ich wyników wykrystalizował się popularny w białoruskim internecie mem „Szasza 3 procent”, co według jego twórców odzwierciedla rzeczywisty stopień poparcia dla urzędującego prezydenta.

Łukaszenka mając świadomość swojego trudnego położenia, odnosił się w swoich komentarzach do wpływu zewnętrznego „z zachodu i wschodu” na białoruską kampanię wyborczą (nie precyzując, kto dokładnie taki wpływ miałby wywierać). Regularnie straszył i zapewniał o niedopuszczeniu do „Mińskiego majdanu”, nawiązując do wydarzeń mających miejsce w Kijowie w 2004 i 2013 roku.

Poza retoryką, odbywał szereg spotkań z przedstawicielami struktur siłowych MSW, MON i KGB, a także odwiedzał elitarne jednostki wojskowe, które podczas jego wizytacji „całkiem przypadkowo” były w trakcie ćwiczeń polegających na pacyfikacji ulicznych zamieszek. W białoruskim internecie można było też zauważyć doniesienia o mobilizacji garnizonów wojskowych w głównych aglomeracjach miejskich, m.in. w Mińsku czy Witebsku. Ostatnia sytuacja z zatrzymaniem 32 domniemanych członków Grupy Wagnera, czyli rosyjskiej prywatnej firmy wojskowej też rodzi wątpliwości. Rosyjskie źródła informują, że najemnicy Ci oczekiwali w sanatorium pod Mińskiem na transfer do Sudanu. Inne źródła, tym razem białoruskie, informują, że samo sanatorium należy do związków zawodowych, których prezesem jest jednocześnie szef kampanii wyborczej… Aleksandra Łukaszenki. Władza zareagowała natychmiastowo zaostrzając zasady bezpieczeństwa oraz konieczność rejestracji uczestników wieców poparcia dla kandydatów opozycji w MSW.

Istnieje prawdopodobieństwo, że sprawa Wagnerowców będzie rozwojowa, i może w rezultacie doprowadzić do znacznie bardziej radykalnych środków podjętych przez władze.

Tesławski: Czy rywal Łukaszenki to kandydat Kremla?

Powód niepokojów

Aleksandr Łukaszenka rządzi Białorusią nieprzerwanie od 20 lipca 1994 roku. Jednak tylko wybory z ’94 roku można uznać za wolne. Następne elekcje stanowiły raczej polityczną farsę jednego aktora. Zmiany konstytucji, pozwalające na praktycznie dożywotnie rządy Łukaszenki pokazywały, w którą stronę zmierza i jaki cel ma prezydent Białorusi.

Przez wiele lat Mińsk balansował pomiędzy wschodem i zachodem, za co często otrzymywał pochwały od rozmaitych komentatorów, również w Polsce. Był przez niektórych postrzegany jako drogowskaz do „niezależnej i suwerennej” polityki zagranicznej. W rzeczywistości jednak balans ten był mirażem wytworzonym przez władze w Mińsku na potrzeby doraźnych sytuacji. Robiąc przegląd dokonań Łukaszenki po ponad ćwierćwieczu jego rządów, widzimy raczej ponury obraz państwa nazywanego przez niektórych „ostatnią dyktaturą w Europie”. Sam Łukaszenka często szydzi z tego określenia, w jakiś sposób uznając je za coś, czym warto się chwalić.

Łukaszenka od początku swojej prezydentury uznawał sowiecką spuściznę za integralną część Białoruskiego etosu. W odróżnieniu od pozostałych państw Wspólnoty Niepodległych Państw, Białoruś postanowiła, za sprawą Łukaszenki, kultywować wszystkie tradycje związane z byłym Związkiem Sowieckim: utrzymanie świąt państwowych z czasów Związku Sowieckiego, nazwy instytucji (m.in. KGB) czy najbardziej uwidoczniona, i w zasadzie jedna z pierwszych zmian prezydentury Łukaszenki – kwestia symboli państwowych. Za rządów Łukaszenki praktycznie całkowicie wyrugowano historię i symbolikę związaną z okresem przedsowieckim, a więc Białoruskiej Republiki Ludowej. W niespełna rok po objęciu prezydentury, Łukaszenka, po sfałszowanym według obserwatorów referendum, zmienił symbole państwowości białoruskiej. Wcześniejsza Biało-Czerwono-Biała flaga i Pogoń jako godło zostały zastąpione symbolami nawiązującymi do tradycji sowieckiej. Używanie „nieaktualnych” symboli jest nielegalne i grozi za to więzienie. Pomimo represji są one jednak wykorzystywane przez prozachodnią opozycję podczas wieców i zgromadzeń antyrządowych.

Stałym elementem rządów Łukaszenki stało się też antagonizowanie Zachodu i podkreślania „braterskich” relacji z Rosją. W ślad za wymiarem symbolicznym i retorycznym szły konkretne działania. Zarówno w sferze gospodarczej, jak i militarnej oraz kulturowej.

Najbardziej jaskrawym przykładem braku osławionego balansu Mińska jest jego polityka gospodarcza. Kraj ten jest praktycznie w całości uzależniony ekonomicznie od Rosji. Zarówno w sposób bezpośredni, m.in. od ropy czy gazu, jak i w wymiarze pośrednim. Trzon białoruskiej gospodarki stanowi przerób i rafinacja produktów naftowych, przemysł chemiczny (nawozowy, potasowy, azotowy) jak i rozbudowany przemysł zbrojeniowy i maszynowy. Każdy z tych sektorów jest zależny od dobrosąsiedzkich relacji z Rosją. Rentowność tych zakładów w głównej mierze zależy od cen rosyjskich nośników energii, zapotrzebowania rosyjskich zakładów przemysłowych czy zamówień rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Rosja oczywiście przystawała na ten rodzaj relacji, mając na uwadze długofalowy wpływ takiego charakteru współpracy.

Najbardziej odczuwalne jest uzależnienie od ropy i gazu z Rosji. Od kilkunastu lat, z częstotliwością kilku lat wybuchają różnego rodzaju spory o ceny, warunki i wolumeny dostaw węglowodorów. Każda z dotychczasowych wolt kończyła się, prędzej czy później, strategiczną porażką Białorusi. Efektem była stopniowa utrata kontroli nad strategicznymi obiektami, jak rafinerie (w Mozyrzu częściowo sprywatyzowana na rzecz rosyjskiego Slavnieftu) czy gazociągi. W efekcie każda, nawet najmniejsza próba dywersyfikacji kończy się po kilku, kilkunastu miesiącach. Ostatnim projektem, mającym na celu uzależnienie Białorusi od Rosji w sferze energetyki jest budowa siłowni jądrowej w Ostrowcu. Realizowana jest przez rosyjską firmę, oparta na rosyjskich technologiach, finansowana przez rosyjski kredyt, a powstaje, aby uniezależnić się od… gazu rosyjskiego.

Podobna zależność wytworzyła się w aspektach obronności i przemysłu zbrojeniowego. Większość białoruskiej kadry oficerskiej wyższego stopnia kończy rosyjskie akademie wojskowe. Pododdziały białoruskiej armii stale ćwiczą w ramach rosyjskich Batalionowych Grup Bojowych, większe ćwiczenia poligonowe realizowane są wespół z armią rosyjską. Dodatkowo białoruska przestrzeń powietrzna jest zintegrowana z systemem obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Zachodniego Okręgu Wojskowego FR i to de facto Rosjanie odpowiadają za jej ochronę. Białoruskie zakłady przemysłu obronnego realizują dostawy swoich wyrobów na potrzeby rosyjskiej armii (MZKT dla systemów S-300/400 czy wyrzutni Topol-M lub Peleng dla systemów Sosna-U w czołgach T-72B/90).

Trudną sytuację Białorusi dopełnia lekceważące podejście władz do problemu pandemii koronawirusa. W nieco ponad 9 mln państwie, według oficjalnych danych, wykryto ponad 67,5 tys. przypadków infekcji, która przyczyniła się do śmierci ponad 550 osób. Oczywiście do danych tych trzeba podchodzić z należytym dystansem. Według aktywistów białoruskich, faktyczna liczba zakażonych i zmarłych jest kilka, a nawet kilkanaście razy większa od podawanej oficjalnie. Pandemia i problemy gospodarcze przyczyniają się do rosnącej frustracji społeczeństwa. Zyskują na tym kandydaci opozycji.

Opozycja

Można wymienić dwa elementy, które odróżniają obecną kampanię prezydencką od tych, które miały miejsce kilka czy kilkanaście lat temu. Pierwszym jest skala zaangażowania i zainteresowania społecznego. Społeczeństwa, które przez całe ćwierćwiecze było neutralizowane przez aparat państwa. Organizacje opozycyjne były represjonowane, dostęp do informacji ograniczony a środowiska zinfiltrowane przez współpracowników służb bezpieczeństwa. Obecne zaangażowanie obywateli Białorusi jest nieporównywalne do lat wcześniejszych. Widać to było m.in. podczas zbierania podpisów pod listami poparcia dla opozycyjnych kandydatów, którzy łącznie zebrali ponad pół miliona podpisów. Widoczne było to podczas demonstracji przeciwko aresztowaniu Wiktara Babaryki czy Siergieja Cichanouskiego. Widać to również podczas wieców poparcia dla żony tego ostatniego – Swietłany Cichanouskiej, która po tym, jak jej mąż nie został dopuszczony startu w wyborach, postanowiła zgłosić swoją kandydaturę.  Centralna Komisja Wyborcza ostatecznie dopuściła jej udział jako kandydata w sierpniowych wyborach.

We wcześniejszych wyborach prezydenckich poparcie dla opozycyjnych kandydatów kumulowało się jedynie w Mińsku. Teraz sytuacja jest inna. Na spotkania z Cichanouską przychodzi tysiące mieszkańców takich miast jak Mohylew czy Nowopołock, które nigdy nie słynęły z przesadnej sympatii do opozycji.

To jest drugim wyznacznikiem wyjątkowości tegorocznych wyborów. Pierwszy raz od lat trzonem antyrządowych ruchów nie jest opozycja „ideologiczna”. W kampanii wyborczej nie dominuje wybór pomiędzy mitycznym Wschodem lub Zachodem. Nie ma dyskusji o wstąpieniu do NATO czy Unii Europejskiej. Nie ma stawiania na szali, czy ktoś jest za Moskwą, Wilnem, Warszawą czy Brukselą. Prozachodnia opozycja nie istnieje w dyskursie politycznym. Oczywiście każdy z kandydatów ma swój program, jednak trudno mówić, aby relacje międzynarodowe były w nich specjalnie wyróżniane. To jest „novum”, które pokazuje prawdę, trudną do zrozumienia dla wielu osób w Polsce, o rzeczywistości białoruskiego społeczeństwa. Białorusini przez lata indoktrynacji Łukaszenki, bajek o wspólnym, bratnim narodzie, wspólnym języku, wartościach i kulturze w dużej mierze zatracili wektor państwowej podmiotowości, co przekłada się też na relacje z światem zewnętrznym. Brak formalnej granicy z Rosją, wielu ludzi, szczególnie ze wschodniej Białorusi pracujących na co dzień w Rosji, czy tez ostatnio ułatwiona procedura otrzymywania obywatelstwa rosyjskiego powodują, że dla wielu ludzi to ten kraj jest naturalnym gwarantem stabilności ich państwa.

Nie ma zatem żadnego kandydata, który jasno i stanowczo opowiadałby się za integracją z Zachodem. Większość z zarejestrowanych kandydatów uważa, że Białoruś powinna być państwem neutralnym, wolnym od bloków militarnych.

Jakóbik: Gazociąg Polska-Białoruś? Łukaszenka może znów wszystko zepsuć

Podejście Rosji

Rosja stara się sprawić wrażenie strony niezaangażowanej po żadnej ze stron wyborczej barykady. Żaden z kandydatów nie ma oficjalnego poparcia Moskwy. W oficjalnych wypowiedziach Kreml używa standardowego dla siebie sformułowania „że nie ingeruje ona w procesy wyborcze żadnego państwa na świecie”. Kontrastuje to z jawnym wspieraniem, np. Wiktora Medwedczuka, podczas zeszłorocznych wyborów prezydenckich na Ukrainie. Niemniej jednak, w przypadku wyborów na Białorusi, postawa Rosji jest bardziej tajemnicza.

Żaden z kandydatów opozycji (zarówno zarejestrowanej Cichanouskiej, jak niezarejestrowanych Babaryki, Cichanouskiego i Capkały) nie jest dla Rosji specjalnym zagrożeniem, zwłaszcza, że każdy z nich ma lub miał związki z Rosją. Wiktar Babaryka, jako długoletni szef spółki-córki Gazprombanku, Capkała, który ostatecznie uciekł w obawie przed represjami do … Rosji, czy Cichanouski, który mieszkał kilka lat w Rosji prowadząc tam biznes, dodatkowo kilkukrotnie bywał na Krymie po jego aneksji w 2014 roku. Oczywiście, związki te nie są podstawą do nazwania, któregoś z kandydatów „opcją rosyjską”, ale żaden z nich nie jest na pewno „opcją zachodnią”, a to już z perspektywy rosyjskiej jest istotnym faktem.

Rosja nie zareagowała też gwałtownie na aresztowania dokonane przez służby białoruskie w kontrolowanym przez Gazprom i Gazprobank – Biełgazprombanku. Jak na standardową retorykę Rosjan, tamta reakcja była dość wstrzemięźliwa.

Przyczyn może być kilka. Jedną z nich jest fakt, że Rosji tak naprawdę wcale nie zależy na zmianie władzy w Mińsku. W ogólnym rozrachunku Łukaszenka od lat gra w karty, które rozdaje Rosja. Z wyborów na wybory staje się on również coraz podatniejszy na wpływy, a jego argumenty przetargowe stają się coraz słabsze. Rosja od kilku lat zmniejsza subsydiowanie Białoruskiej gospodarki poprzez sprzedaż taniej ropy, szuka również w rodzimym przemyśle zamienników dla produktów białoruskiej zbrojeniówki. W ostatnich latach wzmogły znacznie naciski w sprawie „integracji”, czyli de facto wchłonięcia Białorusi w skład Rosji.

Kontrolowane niepokoje wewnętrzne na Białorusi są na rękę Rosji, ponieważ może ona jeszcze bardziej wpływać na przyszłe decyzje władz w Mińsku m.in. w kwestii integracji pomiędzy oboma państwami. Łukaszenka wydaje się opierać wariantowi, który proponuje Rosja. Jeżeli jednak po wyborach, które z dużą dozą prawdopodobieństwa wygra Łukaszenka, dojdzie do masowych protestów, a władza zdecyduje się na ich pacyfikację, nowy-stary prezydent stanie pod „ścianą”. Zachód z pewnością przywróci ograniczenia i sankcje, które w ostatnich latach były stopniowo poluzowywane, co zamknie ostatecznie alternatywną drogę dla Mińska. Rosji natomiast otworzy drogę do ostrzejszego nacisku na Łukaszenkę.

Taki wariant jest korzystny dla Moskwy i ta nie zawaha się go użyć. Zwłaszcza, że w ostatnich miesiącach to Łukaszenka wykorzystywał do nacisków m.in. w kwestiach dostaw ropy trudną sytuację Rosji.

Dla Rosji Łukaszenka jest politykiem przewidywalnym. Jednym z niewielu, na których na prawdę mogą liczyć. I nie ma tu specjalnego znaczenia jego pozorny opór przed przyjmowaniem eskadr myśliwców rosyjskiego lotnictwa, czy uznania aneksji Krymu. To Białoruś jest jednym z głównych partnerów handlowych nieuznawanych donbaskich quasi republik. Również Białoruś jest jednym z aktywniejszych członków sojuszu militarnego w ramach OUBZ. Mińsk rozumie, że w sprawach witalnych dla Rosji nie ma negocjacji. Wykorzystuje jednak pola tam, gdzie takie negocjacje mogą być możliwe. To władze Białorusi przez wiele lat opóźniały luzowanie obostrzeń wizowych proponowanych przez UE.

Rosja zapewne rozumie, że pozytywne przemiany polityczne z perspektywy Mińska mogą mieć wpływ na sytuacje wewnętrzną w samej Rosji. Dodatkowo, nie ma pewności, że na fali tych przemian nie wykształtuje się jakaś bardziej radykalna siła polityczna dążąca do realnych zmian w polityce zagranicznej republiki. Łukaszenka i jego świta są gwarantami, że takie siły pod ich rządami nie będą stanowiły zagrożenia.

Prawdopodobnie Rosja również wyciągnęła wnioski polityczne z nieudanej polityki wobec Ukrainy. I bardziej ostre były reakcję i większe wsparcie dla poszczególnych obozów politycznych sprzyjających Moskwie, tym w rezultacie był gorszy efekt końcowy. Teraz nie można jednoznacznie ocenić kim jest faworyt Moskwy, i to potęguję zagrożenie związane z tymi wyborami dla zachodnich obserwatorów.

Dyner: Białoruska kampania prezydencka w cieniu pandemii

Opcja zachodnia

Z punktu widzenia szeroko rozumianego Zachodu sytuacja związana z tegorocznymi wyborami jest szczególnie skomplikowana. Z jednej strony Łukaszenka kreuje się jako polityk za wszelką cenę broniący niepodległości przed agresywną „integracją” z Rosją. To dla wielu wystarczający argument, aby uważać go „za mniejsze zło”. Z drugiej strony są wartości demokratyczne, które przecież nie podlegają negocjacji w oczach zachodnich elit. Wielu na zachodzie wydaje się zapominać, że Łukaszenka uchyla drzwi na zachód tylko wtedy, kiedy znajduje się pod silną presją, i to wcale nie presją Zachodu, ale Rosji. 26 lat jego rządów jest okresem, w którym szerzy się korupcja, represje, porwania i zabójstwa. Z drugiej strony widmo kolejnej wojny, na wzór ukraińskiego Donbasu i rosyjskie „zielone ludziki” na Białorusi wpływają na wyobraźnię wielu obserwatorów. Brak jasno prozachodniego kandydata również nie motywuje do szerszego poparcia ze strony Unii Europejskiej. Co zatem może i powinien zrobić szeroko rozumiany Zachód? Przygotować się na najgorsze. Białorusini nie mają historii ostrych i długich protestów społecznych, jak np. Ukraińcy. Nigdy wcześniej nie było jednak takiej mobilizacji i chęci zmian w tym społeczeństwie. Rosja pokazała w przeszłości, że dość szybko jest w stanie zaadaptować się do warunków, które się pojawiają. Niewykluczone, że ewentualnym powyborczym protestom będą towarzyszyć różnego rodzaju prowokacje zarówno ze strony władzy w Mińsku, jak i z Moskwy.

Sierpień może być gorący

Zmiana prezydenta na Białorusi nie nastąpi przy urnach dziewiątego sierpnia. Mało kto w to wierzy. Ze względu na stworzony przez Łukaszenkę system, takowa zmiana nastąpi tylko w wyniku działań „ulicy” oraz jednoczesnego „przewrotu pałacowego”. Zarówno jedna, jak i druga opcja jest możliwa, w zależności od tego, jak rozwinie się sytuacja społeczna, związana z determinacją Białorusinów w dążeniu do zmiany. Zależy również od tego, jaki będzie udział stron trzecich. Rosja nie odda Białorusi bez walki. W to też raczej nikt nie wierzy. Jednak zmiana wynikająca z „ulicy” w gruncie rzeczy nie jest korzystna dla Putina, bo może dać sygnał, że do zmiany władzy w taki sam sposób może dojść w samej Rosji. Dlatego, mimo wszystko, najbardziej prawdopodobny wydaje się wariant cichego wsparcia Łukaszenki, który brutalnie pacyfikując ewentualne protesty zamknie sobie drogę ucieczki „na Zachód”. Z drugiej strony, Łukaszenka ciągle ma silną pozycję i poparcie struktur siłowych. To zapewnia mu, przynajmniej deklaratywnie, spokojną możliwość wyczekiwania i realizowania swoich planów, m.in prowokacji

Łukaszenka przez 26 lat swoich rządów nauczył się odgrywać teatr mistyfikacji. Podmiotowość państwa jest dla niego sprawą drugorzędną, co również udowodnił podczas swoich rządów. Wydaje się, że fakt ten dostrzegają również Białorusini. Łukaszenka jednak nie podda się, a znajdując się w potrzasku może nie zawahać się podjąć decyzji o użyciu wojska. Żadna władza, która sięga po to narzędzie w dłuższej perspektywie sama nie przetrwa. Rosjanie na pewno pomogą, jednak wystawią za swoją pomoc rachunek. Dostatecznie wysoki dla państwa, niedostatecznie wysoki dla Łukaszenki.

Marszałkowski: Łukaszenki taniec z dywersyfikacją