Horbaczewska: Dwa słowa o tym, ile kosztuje energia jądrowa (POLEMIKA)

2 lutego 2021, 07:30 Atom
Elektrownia atomowa Chmielnicki
Elektrownia jądrowa Chmielnicki. Fot. Wikimedia Commons

Transformacja energetyczna, gospodarka zeroemisyjna, polityka klimatyczna… to ważne i aktualne problemy polskiej gospodarki. Dlatego z zainteresowaniem przeczytałam artykuł „Nie ma przyzwolenia na dopłacanie do nierentownego górnictwa”, będący zapisem rozmowy redaktora Jerzego Dudały z Marcinem Roszkowskim, prezesem Instytutu Jagiellońskiego (www.wnp.pl z dnia 26 stycznia 2021 roku). Choć głównym tematem rozmowy jest górnictwo węgla kamiennego w Polsce, to niejako w tle pojawiły się pewne konstatacje dotyczące energetyki jądrowej, które obudziły moją niezgodę i zmotywowały do napisania tej krótkiej repliki – pisze dr Bożena Horbaczewska ze Szkoły Głównej Handlowej.

Czy atom jest rozwiązaniem?

Otóż, pada tam stwierdzenie, że „(…) prąd z elektrowni jądrowych jest bardzo drogi. Gdyby był tani, (…), to takie elektrownie już by powstały.” A prawda jest taka, że elektrownie jądrowe już powstały. W ponad 30 krajach świata działa około 450 jądrowych bloków energetycznych, a kilkadziesiąt kolejnych jest w budowie. Na ich budowę zdecydowały się Chiny i Rosja, ale także Zjednoczone Emiraty Arabskie, Stany Zjednoczone i kraje Unii Europejskiej (13). Z ekonomicznego punktu widzenia najtrudniejsze warunki do budowy i funkcjonowania elektrowni jądrowych obowiązują w UE i Stanach Zjednoczonych.

Elektrownie jądrowe nie mają tam równych warunków do konkurowania na rynkach energii z jednostkami wytwarzającymi energię z innych źródeł, przy czym używanie słowa „rynek” w sytuacji, gdy niektóre źródła energii są preferowane i dotowane (OZE), dla ekonomisty jest sporym (o ile w ogóle dopuszczalnym) nadużyciem. Pomimo tego, ponad 100 bloków jądrowych w samej UE i mniej więcej drugie tyle w USA, prowadzi rentowną działalność gospodarczą. W wielu krajach produkują one energię elektryczną po najniższych kosztach, np. koszt produkcji energii elektrycznej w fińskich blokach Olkiluoto-1 i -2 w 2019 roku (zgodnie z rocznym sprawozdaniem finansowym) to 17 euro/MWh. W USA uśrednione koszty produkcji energii w blokach jądrowych to około 25 euro/MWh. Z kolei w Niemczech, gdzie „atom” jest postrzegany jako droższy od OZE, energia z elektrowni jądrowych sprzedawana była w 2020 roku po 30 euro/MWh (wg Instytutu Fraunhofera, wspierającego rozwój fotowoltaiki). Przykłady te można mnożyć, co tylko potwierdza, że energetyka jądrowa jest jednym z najtańszych źródeł energii w praktyce, nawet jeśli pominiemy opłaty za emisję CO2 dla węgla i gazu czy koszty systemowe generowane przez wiatraki i fotowoltaikę. Po ich uwzględnieniu różnica kosztów produkcji energii z różnych źródeł rośnie dramatycznie, oczywiście na korzyść energii z atomu. Taka właśnie analiza została dołączona do najnowszej wersji Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ). Źródła danych, które zostały wybrane przez jej autorów, bynajmniej nie należą do sprzyjających „jądrówce”. Wręcz przeciwnie – powołano się na dane amerykańskiego National Renewable Energy Laboratory, zajmującego się badaniami i promocją OZE, oraz na wiarygodne dane US DoE.

Zapotrzebowanie na energię elektryczną

Idąc dalej, sprzeciw budzi też stwierdzenie, że energia jądrowa mogłaby w stu procentach wypełnić zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jest to oczywiście technicznie niemożliwe. Nie ma takich postulatów ani w PPEJ, ani w polityce energetycznej żadnego kraju (o ile mi wiadomo; jeśli jest inaczej, chętnie zapoznam się z takimi informacjami). Wydaje się, że brak takich zamiarów wynika ze zmienności zapotrzebowania na moc (dobowej, tygodniowej, rocznej) występującej w (chyba każdym) systemie elektroenergetycznym. Elektrownie jądrowe, także z uwagi na wysoki udział kosztów stałych, świetnie sprawdzają się jako bloki pracujące w podstawie (z ewentualną niewielką regulacją), nie zaś jako producenci energii w szczytach zapotrzebowania. Taka właśnie niekorzystna sytuacja ma miejsce we Francji, gdzie udział atomu w miksie energetycznym sięga 70 procent. Bloki jądrowe musiały przejąć większy zakres usług regulacyjnych i często pracują właściwie także jako jednostki podszczytowe, z dużym zakresem regulacji mocy w bardzo krótkim czasie. A przecież nie taka powinna być ich rola. Wydaje się, że optymalny udział EJ w miksie energetycznym, przy którym majątek wytwórczy jest właściwie wykorzystywany, to 40-50 procent (oczywiście w zależności także od innych zmiennych, w tym lokalnego udziału niestabilnej generacji wiatrowej i/lub fotowoltaicznej oraz specyfiki systemu). Warto zwrócić uwagę, że w PPEJ, a właściwie w przytoczonej wyżej analizie techniczno-ekonomicznej, przewidziano udział EJ w miksie energetycznym na poziomie zaledwie 27 procent w 2045 roku.

Jeśli dobrze rozumiem, to stwierdzenia, że „projekcje kosztów nie mają odzwierciedlenia w rynkowych parametrach” oraz „To po prostu zbyt drogie…” odnoszą się do kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych. Jednak doświadczenia płynące z nowo budowanych w UE bloków jądrowych wskazują na coś zupełnie odwrotnego. Bloki te mogą mieć bardzo niskie koszty wytwarzania energii nawet w przypadku kilkukrotnego przekroczenia budżetu i harmonogramu. Blok nr 3 w EJ Olkiluoto, budowany już 16 lat i wciąż nie uruchomiony, będzie produkował energię po koszcie około 40 euro/MWh, zgodnie z oceną agencji ratingowej Fitch. W przypadku brytyjskiej inwestycji Hinkley Point C uwaga mediów koncentruje się na cenie sprzedaży energii z tych bloków, uzgodnionej między EdF a postawionym pod ścianą rządem brytyjskim, cenie na poziomie przewyższającym 100 euro/MWh. Należy tu jednak szczególnie podkreślić, że cena ta nie jest tożsama z kosztami wytwarzania energii w tych blokach, bowiem koszt techniczny wynosi około 22 euro/MWh, natomiast pozostała część to koszty finansowe, z których około połowę stanowi bardzo wysoka premia za ryzyko, jakiej zażądały instytucje finansowe dostarczające finansowania dla inwestycji. Jest to przykład źle skonstruowanego modelu finansowego, ponieważ rząd „zamówił” elektrownię jądrową w imieniu obywateli (odbiorców energii, podatników), ale przerzucił niemal całe ryzyko inwestycyjne na inwestora. Dlatego odpowiedni model biznesowy jest jednym z najważniejszych elementów (a może i najważniejszym!) decydującym o kosztach energii z nowych elektrowni jądrowych, co zresztą potwierdzają i szczegółowo opisują autorzy raportu Instytutu Sobieskiego z grudnia 2020 roku pod tytułem „Energetyka jądrowa dla Polski”. Elektrownie jądrowe są technicznie zdolne do zapewnienia odbiorcom bardzo niskich kosztów energii. Problemem jest przeniesienie tej „taniości” na rachunki za prąd. To właśnie wymaga rozwiązania w odpowiednim modelu biznesowym, o którym wspomina się w w/w raporcie. Model ten powinien zostać jak najszybciej opracowany przez polski rząd. Także po to, by zakończyć jałową i nic nie wnoszącą merytorycznie dyskusję publicystyczną o kosztach energii jądrowej, w której znaczna część uczestników nie potrafi odróżnić kosztu od ceny albo posługuje się wybiórczymi danymi, pozwalającymi udowodnić z góry założone tezy.

Podsumowując, energetyka jądrowa daje szansę na niskie koszty i ceny energii elektrycznej dla odbiorców. Jednak im później uruchomimy elektrownie jądrowe (w odpowiednim modelu biznesowym), tym później to nastąpi. I tym większe będą skumulowane straty gospodarcze, choćby z powodu opłat za emisje CO2. W 2019 roku polskie elektrownie zawodowe wydały na uprawnienia EUA prawie 10 mld zł, natomiast w latach 2013–2019 było to około 21 mld zł. To proste porównanie potwierdza słowa eksperta ds. ekonomicznych energetyki jądrowej (Newseria, Powstanie elektrowni jądrowej może obniżyć ceny prądu dla odbiorców…; 12.01.2021), że: „przez kilka lat puściliśmy z dymem tyle pieniędzy, że moglibyśmy za nie postawić co najmniej jeden blok jądrowy o mocy 1000 MW. Jeśli założymy, że w kolejnych latach będziemy płacić za CO2 tyle samo co w 2019 roku, to praktycznie co dwa lata moglibyśmy stawiać jeden blok jądrowy o takiej mocy”. Kłopotem jest również przedłużający się proces przejęcia spółki projektowej przez Skarb Państwa, który powinien być zakończony jak najszybciej.

Roszkowski: Związki zrzucają problemy węgla na Unię żeby wyciągnąć więcej pieniędzy. Tracą poparcie społeczne