Buzek: Nie wiem czy czas polskiego atomu nie minął, zanim na dobre nastał (ROZMOWA)

16 listopada 2020, 07:31 Atom
Jerzy Buzek
Prof. Jerzy Buzek. Grafika: Gabriela Cydejko

– Nie wiem czy czas polskiego atomu nie minął, zanim na dobre nastał. Chyba, że pójdziemy w najnowocześniejsze i najbezpieczniejsze małe reaktory rzędu kilkuset MW – ocenił prof. Jerzy Buzek, były premier, a obecnie poseł do Parlamentu Europejskiego, w rozmowie przed 32. Konferencją Energetyczną Europower i 2. Kongresem OZE Power. Wydarzenie odbywa się w dniach 16-17 listopada 2020 roku pod patronatem BiznesAlert.pl.

BiznesAlert.pl: Jak traktować projekt Rosatomu na Białorusi? Dlaczego część posłów do Parlamentu Europejskiego apeluje o interwencję Komisji Europejskiej?

Jerzy Buzek: Budowa elektrowni nuklearnej w Ostrowcu budzi od początku nasz niepokój. W ubiegłej kadencji, przewodnicząc komisji Przemysłu, Badań i Energii, wraz z grupą europosłów – m.in. Krišjānisem Kariņšem, obecnym premierem Łotwy – składałem interpelację w tym temacie.

W nowej kadencji sprawę poruszaliśmy parę razy – choćby na wysłuchaniu Kadri Simson, jako kandydatki na komisarz ds. energii, a ostatnio – na debacie plenarnej o stanie Unii Energetycznej. Niedawno, z koleżankami i kolegami posłami z różnych krajów, kolejny raz interweniowałem w Komisji Europejskiej. Zaapelowaliśmy do komisarz Simson, by skłoniła Białoruś do wstrzymania procesu oddawania do użytku pierwszego bloku do czasu aż jego bezpieczeństwo ocenią unijni eksperci. Mieliśmy rację: parę dni po jego uruchomieniu, wybuchły transformatory napięcia w jednym z agregatów i cała elektrownia stanęła.

A to nie pierwszy wypadek w tej siłowni.  Wcześniej wybuchł pożar – fakt ten władze białoruskie, nie wiedzieć czemu, ukrywały miesiącami. W trakcie transportu pękła również obudowa jednego z reaktorów – ostatecznie zostało to, podobno, wymienione. Co więcej, elektrownia powstaje z pogwałceniem prawa międzynarodowego, m.in. konwencji z Espoo. A wszystko to w państwie, którego władz Unia Europejska nie uznaje – i zaledwie 20 km od granicy z Litwą, 50 km od centrum Wilna i ok. 250 km od granicy z Polską. Dla porównania – Czarnobyl to niemal 450 km do naszej granicy. Trudno się dziwić, że są poważne obawy.

Czy atom jako taki to problem? Czy powinien być uznany za inwestycję zrównoważoną w taksonomii?

Energetyka jądrowa odpowiada za ok. 1/4 energii wytwarzanej w Unii Europejskiej. Nowe elektrownie budowane są we Francji, Finlandii czy Słowacji, także w Wielkiej Brytanii – żadna z tych inwestycji nie budzi takich emocji, jak Ostrowiec, przynajmniej jeśli chodzi o kluczową sprawę bezpieczeństwa.

Każdy kraj członkowski, zgodnie z Traktatami, ma swobodę wyboru źródeł energii. Są w UE zadeklarowani zwolennicy atomu – z Francją i krajami skandynawskimi na czele – i równie gorący jego przeciwnicy – jak Niemcy, Austria, Irlandia. Ci pierwsi pewnie chcieliby uznania energetyki nuklearnej za inwestycję zrównoważoną w taksonomii, ci drudzy – wręcz przeciwnie. Wszystko rozstrzygnie się w aktach delegowanych, których propozycję Komisja Europejska ma opublikować już niebawem. 

Jaka powinna być rola atomu w dążeniu do neutralności klimatycznej?

Tu znów – zależy czy zapyta Pan Francuza czy Niemca, Szweda czy Austriaka. Z jednej strony – to technologia bezemisyjna, mająca niewątpliwie pozytywny wpływ na ochronę klimatu i generalne bezpieczeństwo energetyczne. Z drugiej strony mamy rosnące koszty budowy takich jednostek, obserwowane przy tych budowach poważne opóźnienia, kwestie odpadów radioaktywnych czy częste problemy z akceptacją społeczną. Mało kto już pamięta, ale przecież na przykład Greenpeace powstawał w latach 70-tych na fali sprzeciwu przede wszystkim wobec atomu, a nie – węgla. Dziś, z punktu widzenia emisji CO2 i walki z globalnym ociepleniem to, oczywiście, dość zaskakujące. 

Jak ocenia Pan szanse polskiego atomu, który ma być fundamentem dekarbonizacji w polskiej strategii energetycznej?

Wszyscy znamy powiedzenie o generałach, którzy szykują się do wygrania poprzedniej wojny. W Polsce o rozwoju energetyki nuklearnej mówimy już co najmniej drugą dekadę, ale – co jest wyczynem samym w sobie – wciąż nie zdołaliśmy nawet wybrać lokalizacji dla takiej inwestycji. W tym czasie sytuacja się zmieniła, choćby koszty fotowoltaiki spadły co najmniej pięciokrotnie w ostatnich dziesięciu latach,  a atom w Unii stał się obciążony coraz większym ryzykiem regulacyjnym – wspominał Pan niepewność związaną z taksonomią. Co więcej – przy ewentualnej budowie elektrowni nuklearnej nie mamy co liczyć na wsparcie finansowe z UE, w odróżnieniu od OZE, na którego rozwój – choćby farmy wiatrowe na Morzu Bałtyckim – Bruksela jest gotowa wyłożyć spore pieniądze. Reasumując – nie wiem czy czas polskiego atomu nie minął, zanim na dobre nastał. Chyba, że pójdziemy w najnowocześniejsze i najbezpieczniejsze małe reaktory rzędu kilkuset MW – tego bym nie wykluczał.

Rozmawiał Wojciech Jakóbik

Jakóbik: Rosja już straszy atomem z USA w Polsce