Tarka: Przyszłość energetyki rozproszonej zależy od dobrego prawa (ROZMOWA)

9 czerwca 2020, 07:31 Energetyka
Rozmowa BiznesAlert.pl. Michał Tarka
Rozmowa BiznesAlert.pl. Michał Tarka

Polska ustawa o Odnawialnych Źródłach Energii (OZE) nie jest jeszcze w pełni dostosowana do przepisów Dyrektywy o OZE, szczególnie do jej drugiej wersji, z grudnia 2018 roku. Termin jej implementacji to czerwiec 2021 roku. Teoretycznie mamy chwilę, ale tylko teoretycznie. Prace wokół implementacji powinny się już kończyć, a nie zaczynać  – mówi Michał Tarka, partner w kancelarii SMM Legal, w rozmowie z BiznesAlert.pl.

BiznesAlert.pl: Dziś w dyskusji o bezpieczeństwie energetycznym kraju można usłyszeć o rozwoju energetyki rozproszonej. Niektórzy wieszczą nawet, że nadchodzi zmierzch energetyki wielkoskalowej. Z drugiej strony słychać głosy, że rozwój OZE może tylko wspomóc wytwarzanie energii, a nie być jedną z podstaw systemu elektroenergetycznego. Jak dużą rolę odegra energetyka rozproszona w budowie polskiego bezpieczeństwa energetycznego? Jaką dziś przyjmuje formę?

Michał Tarka: Jest to bardzo dobre pytanie. Ta rola będzie ogromna, dlatego że wyraźnie zmienia się sposób myślenia klientów i ich potrzeby. To właśnie ze strony użytkowników systemu wychodzą wszelkiego rodzaju trendy. Klienci zgłaszają różnego rodzaju zapotrzebowanie. Wydaje się, że rosnące zapotrzebowanie na wykorzystanie energetyki odnawialnej przez biznes i społeczności lokalne powoduje, że ten model energetyki zmienia się na naszych oczach. Dodajmy jeszcze do tego argument o tańszej energii rozproszonej, w stosunku do energetyki węglowej. Tańszej, gdyż jest ona generowana na miejscu, czyli blisko zużycia, mówimy zatem o mniejszych stratach czy kosztach infrastruktury, przesyłu i dystrybucji. Oznacza to, że te dwa czynniki sugerują bardzo istotną rolę energetyki rozproszonej w najbliższych latach. Energia OZE będzie wspomagana gazem i być może atomem. Taki kierunek związany jest z koniecznością stabilizacji źródeł odnawialnych, ale także w modelu rozproszonym, który wydaje się racjonalny. Generacja gazowa i atomowa wspiera model energii odnawialnej. Patrząc na rozwój sytuacji na rynku energii oraz regulacji unijnych i priorytety instytucji finansowych, można powiedzieć, że kierunek jest wyznaczony w stronę rozwoju energetyki rozproszonej. Wielkoskalowa energetyka oczywiście nie wyginie z dnia na dzień, ale z pewnością przestawi się na źródła nisko- lub bezemisyjne, także takie jak przejściowo gaz a docelowo np. atom. Mamy więc tu pełen obraz przyszłości energetyki.

Jakie energetyka rozproszona może przyjąć formy, tj. o klastry energii czy o koncepcję spółdzielni energetycznej. Częściej można usłyszeć o klastrach, niż spółdzielniach. Można się spotkać z poglądem, że te drugie mogą być cichą rewolucją na rynku lokalnym. Czym ona właściwie jest?

Do tego dodać należy jeszcze prosumentów w różnej postaci od indywidualnych przez biznesowych po grupowych. Aczkolwiek nasze regulacje prawne nie są jeszcze w pełni dostosowane do regulacji europejskich w zakresie energetyki rozproszonej. To użytkownicy systemu, czyli główny motor budowania energetyki rozproszonej, wywierają obecnie główną presję na te regulacje, niejako dostosowując przepisy obowiązujące dzisiaj do swoich potrzeb. To istotna zmiana, która nie byłaby możliwa bez wsparcia ze strony tych, którzy obecnie prawo w tym obszarze tworzą, tj. głównie Ministra Klimatu i Minister Rozwoju. Sporo udało się zrobić, ale ciągle za mało. Przepisy powinny znacząco podnieść doniosłość energetyki rozproszonej, ale tego nie robią. Polska ustawa o OZE nie jest jeszcze w pełni dostosowana do przepisów Dyrektywy o OZE, szczególnie do jej drugiej wersji, z grudnia 2018 roku. Termin jej implementacji to czerwiec 2021 roku. Teoretycznie mamy chwilę, ale tylko teoretycznie. Prace wokół implementacji powinny się już kończyć, a nie zaczynać. Istnieje ryzyko ponownego przedłużania tych prac pod kątem dostosowania do wspomnianej dyrektywy. Jestem pełen obaw, ale i nadziei w związku z tym procesem. Natomiast odpowiadając na pytanie, regulacje dziś nie wspierają w pełni modelu energetyki rozproszonej z małymi wyjątkowymi, drobnymi próbami wejścia w ten obszar, mogącymi być nazywaną „cichą rewolucją energetyczną”, jak na przykład uchwalona nowelizacja prosumencka min. Emilewicz, czy ta dot. spółdzielni energetycznych, czy wreszcie szczątkowa regulacja dotycząca klastrów. Szczątkowa, bo właściwie nie mamy jeszcze mechanizmu wsparcia dla klastrów, dlatego one nie działają. Spółdzielnie energetyczne dostały mechanizm wsparcia w sierpniu zeszłego roku i w związku z tym dopiero teraz zaczyna się to dziać. Dodajmy jeszcze projekt rozporządzenia Ministra Klimatu o bilansowaniu źródeł w spółdzielni energetycznej, które wejdzie niebawem w życie. Ten dokument domknie stan prawny, umożliwiający rozwój spółdzielniom. Ponieważ regulacje te są bardzo świeże, zdecydowanie brakuje akcji edukacyjnych w tym obszarze. Tak jak pokazały regulacje prosumenckie, zanim rynek dowiaduje się o możliwościach, jakie dają regulacje, mija trochę czasu bez takiej kampanii. Dopiero w momencie, gdy potencjalni użytkownicy uczą się od innych użytkowników, skala rośnie. Spółdzielnia jest jednak większym przedsięwzięciem, niż instalacja prosumencka. Minie trochę czasu, nim powstanie pierwsza spółdzielnia. Brakuje natomiast mechanizmów wsparcia dla klastrów i brakuje regulacji dotyczących prosumentów działających grupowo na większą skalę, oraz spółdzielni w miastach. Dopiero wprowadzenie rozwiązań dla tych trzech tematów, czyli klastrów, grupowych prosumentów i rozszerzenia spółdzielni na miasta, da szansę na podstawę do wprowadzenia tego, co dyrektywa nazywa kooperatywami energetycznymi. Wtedy będziemy mogli mówić o zamknięciu zaplecza regulacyjnego dla energetyki rozproszonej opartej na OZE i dalej pracować nad jego funkcjonalnościami.

Jak polskie prawodawstwo określa spółdzielnie energetyczne? Czym one właściwie są? Są nowym tworem, ale w Polsce. Są już bardzo popularne w Europie Zachodniej, ale występują różnice. W Polsce może być do 1000 członków spółdzielni, w Danii może ich być nawet 60 tysięcy.

W przypadku Danii, jest to prosument działający grupowo. Należy rozdzielać dwie instytucje prawne. Spółdzielnie energetyczne i prosumenta grupowego, chociaż jest wiele cech łączących te dwie instytucje. Różnią się skalą i sposobem organizacji. W Polsce, tak jak wspomniałem, brakuje jeszcze regulacji dotyczących prosumenta działającego grupowo. Są zapowiedzi i właściwie dyrektywa nakłada obowiązek wprowadzenia takich regulacji. Regulacja spółdzielni jest w moim przekonaniu instytucją, która będzie służyć większym odbiorcom i to raczej biznesowym. Definicja spółdzielni, czy też warunki postawienia spółdzielni w ustawie o OZE mówią, że jest to do 10 MW. Jest to potencjalnie spore źródło energii. Spółdzielnia, w moim przekonaniu, jawi się jako instytucja wykorzystywana raczej przez firmy, np. w strefach ekonomicznych, tam gdzie lokują się duże zakłady i duże magazyny. Spółdzielnia może być dedykowana właśnie takim podmiotom, natomiast użytkownikom indywidualnym np. mieszkańcom, powinien służyć prosument działający grupowo. Czyli użytkownicy indywidualni to raczej prosumenci, a większe źródła dedykowane biznesowi to spółdzielnie energetyczne. Spółdzielnie miałyby inny wymiar niż na Zachodzie, tam gdzie faktycznie także mieszkańcy mogą tworzyć spółdzielnie, ale nie prosumentów działających grupowo. W Polsce, żeby dać szanse obu grupom, czyli biznesowi potrzebującemu energii na miejscu, na własny użytek, możliwie tanio, bez kosztów dystrybucji, oraz mieszkańcom, którzy będą mieli szanse wykorzystywania energii produkowanej na własnych obiektach, szczególnie w miastach, mamy podział, który w zasadzie wypełnia przestrzeń zapotrzebowania na energię odnawialną w kooperatywach. To wydaje mi się dobrym zabiegiem regulacyjnym. Mamy dwie, jasne ścieżki dla mieszkańców i biznesu. Biznes nie może być prosumentem powyżej 50 kW. To jest organicznie, które wynika z dyrektywy, w związku z tym furtką jest spółdzielnia energetyczna, co wydaje mi się trafionym kierunkiem kooperatyw właśnie w dwóch modelach, z jednej strony spółdzielni energetycznej, z drugiej strony prosumentów działających grupowo, szczególnie w zabudowie wielomieszkaniowej.

Jakie korzyści może dać uczestnikom spółdzielnia?

Spółdzielnia przede wszystkim ma bardzo liberalna formę współpracy między członkami zaangażowanymi w rozwój energetyki rozproszonej. Ponieważ opiera się na prawie spółdzielczym i statucie spółdzielni, to ustawa i statut przewidują dosyć dużą swobodę we współpracy między członkami, decydują sami o sposobie współpracy rozliczania, finansowania. Powiedzmy, że jest to taka umowa spółki. Podstawowa korzyść to jednak istotne oszczędności na opłatach dystrybucyjnych. To podstawa ekonomiczna jest zachętą do ich tworzenia. Słowem – dzięki spółdzielniom ma być taniej i czyściej, a także bardziej przewidywalnie, jeżeli chodzi o koszty zakupu energii.

Czy użytkownicy mają dużą niezależność przy kształtowaniu spółdzielni?

Mają duże pole niezależności, jeśli chodzi o stosunki miedzy sobą.

Jednakże spółdzielnia sama w sobie nie jest kompletnie niezależna jako instytucja produkująca energię. Mam na myśli wyspę energetyczną, która jest kompletnie odcięta od systemu elektroenergetycznego.

Nie. Atut polega na tym, że członkowie spółdzielni wytwarzają energię i ci, którzy z niej korzystają, są podłączeni do sieci dystrybucji. Natomiast mechanizm wsparcia dla spółdzielni polega na tym, że członkowie spółdzielni są zwolnieni z opłat dystrybucyjnych, z części zmiennej. Mimo, że korzystają z tej sieci i przesyłają energię ze źródła do spółdzielców, wykorzystując energię, nie płacą opłaty dystrybucyjnej w tej części zmiennej.  To znacząco obniża koszty zakupu energii czy koszty jej wytwarzania przez członków spółdzielni. Jest to ogromny atut spółdzielni. Jest możliwa generacja energii o dużych mocach poza miejscem jej zużycia. To odróżnia spółdzielnię od klasycznego modelu prosumenckiego, gdzie źródło energii musi być przypisane danemu użytkownikowi i funkcjonować na lub przy jego obiekcie. Farma fotowoltaiczna, wiatrowa, czy biogazownia w spółdzielni, mogą być oddalone od tego użytkownika, byle całość spółdzielni zamykała się w 3 gminach. Są tu więc dwa ograniczenia. Musi być to teren maksimum trzech gmin i obszar jednego operatora systemu dystrybucji.

Czy wymóg trzech gmin jest wystarczający? 

Ograniczenie mocy do 10 MW powoduje, że możemy mieć źródła o ograniczonej mocy, czyli np. 10 farm fotowoltaicznych po 1 MW. Można by się zastanawiać nad rozszerzeniem. W pierwszym okresie tworzenia regulacji nikt na razie nie zgłaszał takiej potrzeby. Dzisiaj żyjemy w świecie, gdzie dynamicznie rozwijają się duże i średnie projekty fotowoltaiczne, w każdej gminie wiejskiej lub miejskiej są już jakieś projekty PV, a często także inne. Wydaje się, że tych projektów jest dużo i każda większa firma będzie zainteresowana zakupami energii z fotowoltaiki dużej czy średniej. Projekt w promieniu 3 gmin zawsze się znajdzie. Oczywiście, można byłoby się zastanawiać, czy to jest mała liczba gmin, w zakresie których może funkcjonować spółdzielnia. Chodzi też o to, by operator systemu dystrybucji miał szansę funkcjonowania w oparciu o niskie koszty dystrybucji. Im dalej od klienta znajduje się źródło, tym większe koszty związane z przesyłami ponosi spółka OSD. Jest to balansowanie między interesem dystrybucji a klienta. Operator musi utrzymywać sieci, a nie dostaje swojego wynagrodzenia. W pierwszych etapach rozwoju spółdzielni trzeba wyczuć jak to działa. Wydaje się, że na razie to wystarcza. Oczywiście, tak jak mówi prawo spółdzielcze, warunkiem powstawania spółdzielni energetycznych jest to, aby założycielami czy członkami były minimum 3 firmy. Jeżeli mówimy o biznesowym wykorzystaniu spółdzielni energetycznej, to zebrać się muszą co najmniej trzej założyciele i zarazem członkowie. Może być to także samo źródło energii, czyli źródło i dwie firmy albo dwa źródła i firma. W zasadzie kryterium jest łatwe do spełnienia. Jeśli mamy spełniać warunek 10 MW mocy, to pewnie tych źródeł może być więcej niż jedno i więcej niż jeden klient. Tutaj poruszamy się w dosyć liberalnym kryterium.

Pojawia się zatem pewien paradoks. Klastry nie mają wsparcia, ale w Polsce jest już ich kilkadziesiąt, natomiast spółdzielnie mają wsparcie, ale nie funkcjonują w tym kraju. Dlaczego? Można znaleźć informację, że jedna spółdzielnia powstała w 2014 roku.

Tak, to paradoks, ale w rozumieniu ustawowym nie ma żadnej spółdzielni energetycznej. Dopiero w lipcu 2019 została uchwalona nowelizacja ustawa o OZE, która weszła w życie w sierpniu zeszłego roku. Nowelizacja ustawy dała tym spółdzielniom szansę powstania z punktu widzenia uzasadnienia ekonomicznego, czyli mechanizm wsparcia, który obniża im koszty poprzez eliminację opłaty dystrybucyjnej. Sam paradoks polega na tym, że klastrów powstało sporo, nie mają mechanizmów wsparcia, spółdzielnie dostały mechanizm, ale nie powstała żadna. W klastrach był taki moment, kiedy dostały narzędzie w postaci konkursu tudzież możliwości certyfikowania. Był taki moment, gdy ówczesne ministerstwo energii rzuciło na rynek możliwości wycertyfikowania się, co miało dać w przyszłości pierwszeństwo w dostępie do funduszy i to było głównym celem certyfikowania. Ówczesne ME twierdziło, że tylko certyfikowane klastry będą mogły uzyskiwać mechanizmy wsparcia, czyli środki dotacyjne czy wsparcie operacyjne. Wtedy założono sporo klastrów, w zaufaniu, że w przyszłości będą one beneficjentami mechanizmu wsparcia czy dotacji. Ani specjalnych dotacji, ani mechanizmu wparcia nie ma. W związku z tym klastry, które powygrywały konkursy, na tę chwilę nie mają żadnej wartości ekonomicznej. Smutne, że taka sytuacja miała miejsce, że taka duża kampania certyfikowania klastrów została przeprowadzona bez realnych korzyści po stronie klastrów. Sprawa nie jest jednak zamknięta. Przepisy unijne zabraniają ograniczenia konkurencji na rynku energii energetyki rozproszonej. Nie można rozróżniać jednego źródła od drugiego tym, czy jest certyfikowane. Muszą to być obiektywne kryteria. Jeśli program certyfikacji się skończył, to nie znaczy, że klastry, które się stworzą później, nie będą miały możliwości wsparcia. Ogólnie, klastry zostały niesłusznie pozostawione na uboczu, mimo wcześniejszego zaangażowania właścicieli. Tu można apelować do ministerstwa klimatu, żeby jednak przewidziało system wsparcia dla klastrów i dokończyło pomysł ministerstwa energii, wprowadzając mechanizm wsparcia dla klastrów, bez względu na formę. Wtedy system domknąłby się także z tej perspektywy.

Podstawą powyższych decyzji są regulacje na rzecz OZE. Czy można je poprawić?

Przyglądam się tym procesom od jakiegoś czasu. Zdecydowanie należałoby usprawnić system tworzenia prawa, szczególnie w tak ważnych obecnie sprawach, jak energetyka odnawialna. To, że jest mało czasu jeszcze wzmaga konieczność usprawnienia takiego podejścia do sprawy, już w sposób zorganizowany i przede wszystkim ponadresortowy. Jaka jest główna bariera w rozwoju regulacji energetycznych w poszczególnych obszarach OZE? To brak jednoznacznej koordynacji regulacyjnej, jeżeli chodzi o aspekty OZE-owe, pomiędzy komórkami w niektórych resortach. Tak naprawdę proces regulacyjny opiera się ciągle na przestarzałym modelu i na konsultacjach międzyresortowych…

…powstał międzyresortowy zespół ds. ułatwień inwestycji w OZE.

Tak. To była mądra próba wyprzedzenia nieżyciowej rzeczywistości w obszarze tworzenia nowoczesnego prawa gospodarczego. Sprawna regulacja to podstawa w dzisiejszym, skomplikowanym świecie, który jest oparty o mnogą interdyscyplinarną regulację oddziałującą na różne resorty. Wielu ministrów interesuje się tą tematyką, każdy chciałby to zrobić po swojemu i widzi inne priorytety. Resort gospodarczy widzi priorytety związane z konkurencyjnością gospodarki, energią dla biznesu. Resort rolnictwa chciałby przyciągnąć jak najwięcej inwestorów na tereny wiejskie, Minister klimatu przejął z kolei cały departament OZE z ME. Problemy dyskusji międzyresortowych, które zabierają wiele czasu, powodują, że uzgodnienia nie zawsze umożliwiają jakościowy i w miarę szybki proces tworzenia prawa. Panaceum na wspomniane problemy jest stworzenie zespołów międzyresortowych, uczestniczących w tym procesie już od zarania koncepcji regulacyjnej i dogadujących się między sobą. W takim układzie różne projekty i uzasadnienia nie chodzą w ciemno pomiędzy ministerstwami. Każdy z nich wypracowuje własną koncepcję bez burzenia procesu regulacyjnego. Polega to na tworzeniu zespołów pod kierownictwem jednego z ministrów, ale z wyraźną prerogatywą od premiera. Odpada więc dyskusja, kto zarządza projektem, bo dany minister, przewodniczący danego zespołu, jest wytypowany przez premiera i odpowiada za realizację zadania, czyli uregulowanie danej kwestii. Ta metoda sprawdziła się przy prosumentach w ostatnim roku. Ten dorobek i formułę należałoby wykorzystać, jako zupełnie nowatorskie podejście do tworzenia regulacji prawnych w Polsce. Podstawą osiągnięcia celu jest współpraca poszczególnych resortów na każdym etapie tworzenia regulacji.

Nad czym obecnie pracuje wspominany zespól międzyresortowy?

Zespół został utworzony w zeszłym roku. Ma trzy upoważnienia premiera, czyli prosumenci działający grupowo, liberalizacja zasady 10H dla wiatru na lądzie oraz biometan, a wszystko w zakresie dostosowania ustawy OZE do Dyrektywy RED II. Ten proces miał pewne zahamowanie na etapie pandemii. Przewodniczącą zespołu jest Pani Premier Jadwiga Emilewicz, która była zajęta Tarczami Antykryzysowymi, ale zespół powróci zapewne do prac w najbliższej przyszłości. Pierwszy obszar to głównie umożliwienie organizowania się prosumentów w grupy, szczególnie w miastach. Drugi obszar to liberalizacja tzw. ustawy antywiatrakowej, czyli umożliwienie inwestycji w lądowe farmy wiatrowe, ale poprzez zapewnienie odpowiedniej kompensacji i możliwości podejmowania decyzji dla społeczności lokalnych . Trzeci obszar to dostosowanie regulacji do celów OZE w transporcie, a konkretnie umożliwienie wykorzystania biometanu m.in. na cele paliwowe. Niezależnie od tego, prace regulacyjne są tworzone w ministerstwach klimatu, rolnictwa i rozwoju. Mam nadzieję, że to wszystko znajdzie wymiar w pracy międzyresortowej w tym zespole lub innych w przyszłości, a prace w tych obszarach nie będą prowadzone indywidualnie. To może doprowadzić do spowolnienia dostosowania przepisów obecnie obowiązujących w UE i w pewnym sensie może być czynnikiem hamującym pozyskanie środków, zarówno z UE Recovery Plan, jak i Europejskiego Zielonego Ładu. Dla nas istotne jest to, żebyśmy wykorzystali programy tworzące się w UE w celu pozyskania środków i zyskali gospodarczo. Aby sprawnie pozyskać środki, musimy mieć sprawne narzędzia regulacyjne i w miarę przejrzyste przepisy, które dadzą możliwość stworzenia projektów inwestycyjnych. Tutaj hierarchia zdarzeń jest nieubłagana. Najpierw prawo, później projekty, projekty inwestycyjne, a na końcu pieniądze. Ważne jest sprawne tworzenie prawa w oparciu o opracowane wcześniej standardy i dobre praktyki, także konsultacji społecznych.

Co dalej z implementacją Dyrektywy RED II?

Im szybciej, tym lepiej. Z drugiej strony musi to być jakościowa regulacja i dużo jeszcze brakuje w naszej ustawie o OZE. Nie mamy w zasadzie dokończonych kooperatyw energetycznych, prawidłowych regulacji dla energetyki wiatrowej i regulacji dotyczących OZE w transporcie. To ostatnie jest największa kulą u nogi. Najtrudniej jest osiągnąć cele OZE w tym sektorze. Dobra regulacja jest pożądana, lecz najtrudniejsza do zrobienia. Musimy się teraz skupić na tych trzech obszarach. Proces implementacyjny Dyrektywy RED II jest najważniejszą sprawą, jeżeli chodzi o OZE.

Które źródła są według Pana najbardziej odpowiednie z punktu widzenia uwarunkowań polskiego systemu energetycznego?

Mówimy tutaj o naturalnych uwarunkowaniach każdego kraju, który przygotowuje analizy lokalnych uwarunkowań do rozwoju OZE. Oczywiście, podstawowe założenia, to rozproszony charakter i możliwa dywersyfikacja, uniezależnienie od jednego rodzaju technologii. Od kilku lat obserwuję kierunki rozwoju OZE w Polsce i innych krajach UE. Ograniczenia i potencjał sugerują, żeby mówić o rozwoju kilku technologii. Bardzo dobrym kierunkiem jest energetyka wiatrowa na morzu, umiarkowany rozwój tej technologii na lądzie poprzez roztropne niedopuszczenie do przesycenia lokalizacji wiatrowych na lądzie, jeżeli wielkoskalowych, wszędzie trudnych społecznie. Jest jeszcze trochę miejsca, ale musimy mieć w pamięci istotny aspekt protestów społecznych. W Niemczech ten problem został dostrzeżony nawet trochę później niż w Polsce, bo Niemcy są zaawansowani w rozwoju OZE, wprowadzili więc ograniczenia. W Polsce mamy lokalną specjalność na zaawansowanym etapie konsultacji w wyniku angażowania się wielu inwestorów w latach poprzednich. Globalny powrót do energetyki wiatrowej na lądzie może grozić ponowną eskalacją tego typu problemów społecznych, które ostatecznie, jak pokazała historia ostatnich lat, i tak kończą się blokadą polityczną.

Czy oznacza to, że nawet gdy dojdzie do liberalizacji ustawy odległościowej, problem inwestycji na lądzie pozostanie?

Tak, liberalizacja 10H nie może być prostą koncepcją odwrotu od tej zasady. Musimy patrzeć na to trochę socjologicznie. Musimy wprowadzić takie regulacje, które odpowiadałaby na potrzeby społeczne. Jest to trudne do uregulowania, bo najczęściej prawo jest wyprzedzane przez życie. To jest ogólna zasada. W moim przekonaniu regulacja liberalizująca 10H musi udzielać zwiększonej gwarancji społecznościom lokalnym ich udziału w podejmowaniu decyzji o lokalizacji oraz dawać im korzyści, kompensaty za niedogodności krajobrazowe, szumy, cienie, itp. Taki projekt zaproponowałem, jako społeczny ekspert w międzyresortowym zespole ds. ułatwień inwestycji OZE. Z grupą prawników i socjologów podeszliśmy do problemu niestandardowo. Regulacje nawiązują do doświadczeń niemieckich i amerykańskich.

Powinniśmy też pamiętać, że jest miejsce w Polsce na wiatr, który teraz buduje się w dużych ilościach po aukcjach. Do 6 GW, które zostały zablokowane ustawą 10H, dojdzie około 2-3 GW, które wygrały aukcje OZE i które wygrają jeszcze aukcję tegoroczną. Razem będzie 10-11 GW na lądzie w elektrowniach wiatrowych; to przyzwoita ilość. Mamy niewykorzystany potencjał w fotowoltaice. Projekty aukcyjne do 1 MW i powyżej 1 MW, dedykowane dużym odbiorcom, to jest kierunek, w którym OZE będzie się rozwijać. Potencjał PV może wynieść kolejne 10-12 GW w mocy zainstalowanej. Musimy mówić także o rozwoju energetyki prosumenckiej, która osiągnie kilka ładnych gigawatów w najbliższych latach i domknie generację w okresach szczytowych. Do tego z pewnością dojdzie spora ilość wspomnianego wiatru na morzu.

Jak rozwija się sektor biogazu w Polsce?

Jest to trzeci obszar OZE, który jest bardzo atrakcyjny, a może najbardziej atrakcyjny pod względem potencjału i pośrednich funkcji jakie daje gospodarce. Polska ma trzeci w UE potencjał wytwarzania biogazu, po Niemczech i Francji, podobny do Włoch i Wielkiej Brytanii. Mamy dużo odpadów z rolnictwa, które emitują dużo CO2 do atmosfery. Mamy bardzo dużo niezagospodarowanych biodegradowalnych odpadów komunalnych. Istnieje obowiązek segregowania tych odpadów, które są idealnym substratem dla biogazowni. Polska jest w Europie np. największym producentem kurczaków. Odchody z farm są najgorsze pod względem zatruwania środowiska. Nowa dyrektywa wodna zabrania wykorzystywania odchodów w dużych ilościach na polach. Jeżeli nałożymy to wszystko, mamy obraz dużego potencjału biomasy biodegradowalnej, która może stanowić podstawę do produkcji energii z biogazu. Biogaz jest niezwykle atrakcyjnym biokomponentem oraz biopaliwem dla branży paliwowej, dla tych, którzy muszą osiągać swoje cele OZE w branży transportowej. Głównego nacisku na rozwój biogazowni upatrywałbym w rozwoju większych instalacji, produkujących gaz, który jest zatłaczany do sieci gazowych i nazywany jest biometanem. Technologia pozwala np. na wykorzystanie cząsteczek wodoru z biometanu w produkcji rafineryjnej paliw. Bez większych nakładów po stronie rafinerii umożliwia udział OZE w transporcie. To unikatowa szansa dla zachowania konkurencyjności na rynkach UE, jeśli chodzi o paliwa ciekłe. Potrzebne są więc duże ilości biometanu. Daje to tańsze OZE wykorzystane w segmencie, który nie ma możliwości pozyskania OZE w inny sposób, tak niskim kosztem. Paliwa najtaniej można pozyskać z odpadów w postaci gazu odnawialnego, w rozproszeniu, czyli źródła mogą być w różnych miejscach, byle były przy sieci gazowej. W przyszłości gaz ziemny nie będzie już mógł być wykorzystywany tak łatwo w celach energetycznych, będzie obłożony sankcjami emisyjnymi. W związku z tym dochodzenie do efektu znacznej ilości biometanu w gazie daje także szansę polskim firmom z branży gazowniczej, np. PGNiG.

Rozmawiała Patrycja Rapacka