Maksymowicz: Reforma górnictwa. Ryby czy wędki? (FELIETON)

3 sierpnia 2020, 07:30 Energetyka
bogdanka węgiel górnictwo górnik górnicy
Górnicy. Fot. Bogdanka

To, że górnictwo węgla kamiennego na Górnym Śląsku jest przestarzałe, o niskiej wydajności i wysokich kosztach wydobycia jest oczywistością, z której strona rządowa oraz związki zawodowe wyciągają całkiem odmienne wnioski – pisze Adam Maksymowicz, współpracownik BiznesAlert.pl.

Rząd chciałby się pozbyć kłopotów związanych z deficytowym wydobyciem węgla na tym terenie. Wszelkie wyliczenia, że jest odwrotnie mijają się z prawdą, gdyż koszt wydobycia jednej tony węgla w polskich kopalniach jest blisko dwukrotnie wyższy aniżeli jego cena rynkowa. Zamykanie deficytowych kopalń w tej sytuacji wydaje się być jedynym racjonalnym rozwiązaniem, na które wszyscy winni się zgodzić. Od tej strony nie powinno byś, żadnych zastrzeżeń. Jednakże rządowe propozycje reformy tego górnictwa napotykają na stanowczy sprzeciw związków zawodowych. Choć te od strony formalnej nie mają żadnej uzasadnione argumentacji, to sposób przeprowadzenia przez rząd tej operacji budzi równie uzasadnione kontrowersje. Przede wszystkim dlatego, że chciałby on operacje tę przeprowadzić szybko, tanio i bez żadnych kłopotów.

Ta skądinąd chwalebna zasada ma jednak swoje ograniczenia. Należy do nich dbanie o los pracowników, którzy całe swoje zawodowe życie poświecili dla górnictwa węgla kamiennego. Rząd zaś, jakby w swoich propozycjach nie dostrzegał tego, że odpowiada za los ludzi, którzy w wyniku zamykania tychże kopalń znajdą się w trudnej sytuacji życiowej, która sprowadza się do pozbawienia ich środków do życia. Propozycja jednorazowej rekompensaty w wysokości 100 tys. zł wydaje się być ową przysłowiową rybą, która jest smacznym, choć tylko jednorazowym daniem. Zgoda związków zawodowych na tego rodzaju propozycję, jest wielce mało prawdopodobna, bo co by o nich nie powiedzieć, nie są on całkiem pozbawieni racjonalnej oceny istniejącej sytuacji. Po skonsumowaniu owych 100 tys. zł, górnicy zostają z niczym.

Tymczasem rząd zamiast owej „ryby” wstrzymuje się z propozycją dania górnikom „wędki”, dzięki której mogliby oni łapać owe „ryby” i mieć stałe środki do życia zamiast jednorazowej jałmużny. Tą „wędką” winne być rządowe propozycje przekwalifikowania górników i zatrudnienia ich w nowych, a nawet nowoczesnych branżach przemysłowych. To jednak dużo drożej kosztuję, aniżeli owe 100 tys. zł odprawy dla zwolnionego z pracy górnika. A rząd jest oszczędny, aby nie powiedzieć, że skąpy przynajmniej w tej właśnie sprawie. Jak głosi powszechnie znane przysłowie „skąpy dwa razy traci”. Dlatego należy spodziewać się, że rząd wkrótce również przekona się o skuteczności tego powiedzenia. Ta strata dotyczyć będzie przedłużającego się sporu ze związkami zawodowymi, które jakby na to nie spojrzeć w tej akurat sprawie bronią nie tylko swojego honoru obrońców ludzi pracy, ale najzwyczajniej rzecz biorąc bronią siebie i swoje rodziny, przed proponowaną im nędzą w postaci oferowanej im „ryby”.

Zapewne związki zawodowe szybciej podjęłyby dyskusję nad rządowymi propozycjami, gdyby zaoferowano im długotrwałe programy przekwalifikowania i zatrudnienia w nowych branżach, na nowych zasadach płacowych. Jest to tym bardziej godne polecenia rządowym decydentom, że tego rodzaju restrukturyzację górnictwa węgla kamiennego z dużym powodzeniem przeprowadzono zarówno w RFN, jak i w innych krajach Europy Zachodniej, generalnie nie napotykając na protesty związków zawodowych.