font_preload
PL / EN
Energetyka Energia elektryczna 19 lipca, 2019 godz. 9:00   
KOMENTUJE: Maciej Bando

Bando: Rynek energii można zamknąć jednym dekretem (ROZMOWA)

Maciej Bando Maciej Bando, fot. Europejski Kongres Gospodarczy 2015

– Trudno dziś mówić o konkurencyjnym rynku energii, gdy jednym „dekretem” ten rynek można zamknąć. Możemy wręcz mówić o jego wtórnej monopolizacji. Obecnie sprzedawcy energii nie są zainteresowani przedstawianiem ofert konsumentom. W takiej sytuacji nie ma więc mowy o liberalizacji – mówi prezes Urzędu Regulacji Energetyki w wywiadzie dla kwartalnika Polish Energy Brief – nowego projektu Instytutu Jagiellońskiego wydawanego w języku polskim i angielskim.

BiznesAlert.pl: Jest Pan prezesem Urzędu Regulacji Energetyki od czerwca 2014 roku. Czy pięć lat w sektorze energetycznym to wystarczająco dużo czasu na zmiany i działania?

Maciej Bando: Ostatnio okazało się, że sektor energetyczny można diametralnie zmienić w przeciągu kilku godzin w sejmie. Mówię oczywiście o tzw. ustawie prądowej z 28 grudnia 2018 roku Ta jedna, kilkustronicowa regulacja właściwie zamyka rynek, cofa nas o 30 lat, deprawuje producentów i sprzedawców z wielkich grup, niszczy małych sprzedawców i hamuje rozwój polskiej energetyki. Wskazuje jednoznacznie odbiorcom przemysłowym, że lepiej i bezpieczniej jest odejść od dużych producentów energii i budować własne źródła.

Tym sposobem w energetyce zatoczyliśmy koło. Mój zacny poprzednik sprzed wielu lat, pierwszy prezes URE, Leszek Juchniewicz, zaczynał w 1997 roku budowę rynku energii w Polsce, a ja jestem prezesem URE w czasie, kiedy ten rynek zaczął być zamykany. Wskutek działań regulacyjnych i decyzji gospodarczych (w tym przejęcia zagranicznych firm przez polskie koncerny kontrolowane przez państwo) w trakcie mojej kadencji jako prezesa URE wzrosła koncentracja na rynku gazu, w wytwarzaniu i sprzedaży energii elektrycznej, a także na rynku ciepła.

W przypadku energetyki, gdzie byśmy nie zajrzeli, to okazałoby się, że w ostatnich latach udział firm państwowych wzrósł. Odbyło się to kosztem ograniczenia konkurencji. To zły kierunek, bo bez konkurencji nie ma w biznesie postępu. Ręczne sterowanie gospodarką czy daną branżą prowadzi w końcu do rozlicznych deficytów, w tym do ograniczania inwestycji, a to kończy się m.in. dekapitalizacją majątku czy obniżeniem efektywności.

Te wszystkie dość niefortunne zmiany i niestabilne otoczenie regulacyjne w postaci szybko zmieniających się przepisów skutkują niestety poważnym zachwianiem zaufania ze strony inwestorów zagranicznych. To mnie bardzo martwi. Spotykam się z inwestorami, rozmawiam z dyplomatami i widzę, jakie wysyłają sygnały. To co się obecnie dzieje, jest rujnowaniem reputacji sektora i kraju.

Inwestorzy zagraniczni są na przykład bardzo zainteresowani obszarem OZE. Niestety w tym zakresie Polska, w wyniku nieumiejętności ułożenia współpracy między „starą energetyką” i jej nowoczesną wersją, poniosła jak na razie porażkę. Wiele krajów sobie z tym poradziło. Gdy rozmawiam z przedstawicielami biznesu zagranicznego, to słyszę, że oni oczekują jednego – pokażcie, że wasze deklaracje, dotyczące chociażby wspierania energetyki wiatrowej, są prawdziwe.

Jak przez ten czas zmieniła się rola prezesa URE w Polsce? Jaka powinna być jego rola?

To dość złożone pytanie. Wydaje mi się, że w ostatnim czasie prezes URE jako centralny organ administracji rządowej jest postrzegany zarówno przez rząd, jak i przez większość parlamentarną jako niechciane i krnąbrne ogniwo administracji. Choć przecież regulator, którego zadaniem jest równoważenie interesów firm energetycznych i odbiorców energii, z założenia ma być polemistą władzy. Ma tworzyć pewnego rodzaju kontrapunkt intelektualny dla rządzących.

Od regulatorów energetyki z innych krajów też czasami słyszę, że współpraca z władzami nie układa im się najlepiej. To chyba wynika z tego, że rządzący postrzegają regulatorów jako przeszkodę w realizacji swoich wizji czy celów politycznych, co jest dość naturalne. Niemniej wśród krajów UE widać wyraźną dbałość o to, żeby regulatorami nie byli urzędnicy jednoznacznie identyfikowani z jakąś konkretną opcją polityczną.

Jakie są według Pana największe osiągnięcia URE w ciągu ostatnich 5 lat? Czego nie udało się zrealizować?

Największym sukcesem jest to, że urząd jest oceniany przez zewnętrznych obserwatorów jako niezależny, merytoryczny, ostatni strażnik rynku. To nie moja zasługa, a całego zespołu urzędu. Dzięki temu ta instytucja, nie zawsze idąc z wiatrem, działa mimo kłód rzucanych jej pod nogi. Pozycja URE jest największym osiągnięciem ostatnich lat, na to jednak pracowali wszyscy dotychczasowi prezesi.

Pokazaliśmy też, zwłaszcza w ostatnim zamieszaniu legislacyjno-ideologicznym wokół cen prądu, że potrafimy być latarnią na sztormowym morzu, czyli stałym i pewnym punktem odniesienia dla podmiotów działających na rynku energii.

Ciężko pracowaliśmy i dzięki temu przebrnęliśmy na przykład przez kluczowe dla rynku gazu decyzje o gazoporcie czy Baltic Pipe – to przecież URE wydawał najważniejsze postanowienia dotyczące podziału kosztów i wsparcia z funduszy UE, o czym już mało kto pamięta. Obecnie jedynymi ojcami sukcesu są politycy. Ale taka rola regulatora – stać w cieniu i budować solidne podstawy.

W odniesieniu do samej energetyki niektóre kompetencje, takie jak prawo ustalania wysokości tzw. opłaty przejściowej, czy ostatnio, w związku ze „sławetną” ustawą w sprawie cen prądu – prawo zatwierdzenia cen energii dla gospodarstw domowych na 2019 rok, zostały URE odebrane. Ale nie daliśmy się zatopić. Byliśmy polemistą rządzących i to być może uwierało. Zarazem nie realizowaliśmy wszystkich zadań tak, jakbyśmy chcieli, ale bierzemy odpowiedzialność na siebie. Ograniczeni przepisami prawa i budżetem robiliśmy to, co było możliwe.

Choć przyznaję, że pięć i pół roku temu nieco inaczej wyobrażałem sobie pracę na tym stanowisku. Nie do końca udało się wszystko zrealizować, co w dużej mierze wynika z polityki aktualnego rządu i trwającego dyskursu. Ale tak się zazwyczaj dzieje, że rzeczywistość przerasta nasze oczekiwania.

Jak będzie wyglądała energetyka za pięć lat? Czy wierzy Pan w całkowicie zliberalizowany rynek energii i gazu?

Energetykę zmieniają trendy globalne. Zapotrzebowanie na energię rośnie. Rośnie także świadomość ekologiczna i konieczna staje się realizacja celów środowiskowych. Dlatego przed rynkami energii czas pełen wyzwań. Sektor energetyczny pod wpływem nowych technologii i rozwiązań zmienia się znacznie dynamiczniej, niż kilkanaście lat temu mogliśmy przewidywać.

Co do liberalizacji, trudno dziś mówić o konkurencyjnym rynku energii, gdy jednym „dekretem” ten rynek można zamknąć. Możemy wręcz mówić o jego wtórnej monopolizacji. Obecnie sprzedawcy energii nie są zainteresowani przedstawianiem ofert konsumentom. W takiej sytuacji nie ma więc mowy o liberalizacji. Polska pozostaje więc jednym z rynków wśród państw UE z regulowaną ceną energii. Ponieważ jednak Pakiet Zimowy zakłada konieczność budowy wolnego rynku, taryfy na energię dla odbiorców indywidualnych czeka prawdopodobnie  scenariusz podobny do tego, który realizuje się w przypadku gazu. Na rynku błękitnego paliwa będziemy mieli bowiem od 2024 roku całkowitą deregulację ‒ zniknie taryfowanie gospodarstw domowych. Choć nie jest to też takie jednoznaczne, bo pakiet daje też możliwość utrzymania – po spełnieniu wielu warunków – regulacji cen dla gospodarstw domowych.

Jakie dałby Pan rady lub wskazówki swojemu następcy?

Jako obywatel byłbym zadowolony, gdybym wiedział, że regulatora energetyki stać na niezależność decyzyjną, że przywiązuje wagę do przepisów prawa i ma w głowie konieczność troski o konsumentów, sektor energetyczny, ciepłowniczy i paliwowy, a nie jest tylko przedłużeniem ramienia rządu i polityki rządowej.

Rozmawiała Patrycja Rapacka