Steinhoff: Górnicy byli mamieni populizmem polityków (ROZMOWA)

11 stycznia 2022, 07:30 Energetyka
Janusz Steinhoff. Źródło: PTWP. Grafika: Gabriela Cydejko
Janusz Steinhoff. Źródło: PTWP. Grafika: Gabriela Cydejko

Przez wiele lat górników mamiono populizmem polityków, sugerowano iż sektor ten może funkcjonować w oderwaniu od ekonomii. Dlatego mamy kolejne żądania podwyżek i rosnące oczekiwania. Politycy sprawujący władzę doświadczają więc konsekwencji swojej nieodpowiedzialności – mówi Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki, w rozmowie z BiznesAlert.pl.

BiznesAlert.pl: Ostatnio dużo się mówi o brakach węgla na składach przy elektrowniach i ciepłowniach. Czy rzeczywiście w Polsce nie ma węgla a jeżeli tak, to czym jest to spowodowane?

Janusz Steinhoff: Od początku lat 90-tych wydobycie węgla kamiennego maleje. W latach 70-tych ubiegłego wieku wydobywaliśmy 200 mln ton rocznie, obecnie ok. 60 mln ton. To efekt wyczerpania zasobów oraz likwidacji części kopalń ze względu na wysokie, znacznie przewyższające rynkowe ceny węgla, koszty wydobycia. Bezpośrednim powodem tej sytuacji są pogarszające się w wielu kopalniach warunki górniczo-geologiczne, co skutkuje znaczącym zwiększeniem kosztów wydobycia. I dlatego węgiel wydobywany w polskich kopalniach przegrywa  konkurencję na naszym rynku z węglem importowanym.

Z tego powodu o dostawach tego paliwa do energetyki czy ciepłownictwa nie powinno się mówić bez uwzględnienia czynników ekonomicznych. Używanie argumentów związanych z tzw. bezpieczeństwem energetycznym, bez uwzględniania czynników ekonomicznych byłoby zdecydowanie nieracjonalne. Przecież wydobycie węgla obarczone dużymi stratami, które z kolei obciążają budżet państwa, nie można w dłuższej perspektywie uznać za dopuszczalne. A fakty są takie, iż największy producent węgla w naszym kraju, czyli Polska Grupa Górnicza wydobywając w ubiegłym roku ok. 25 mln ton węgla wygenerowała ok 2 mld zł straty. Na drugim biegunie jest kopalnia Bogdanka, która ubiegły rok zamknęła wydobyciem ok. 10 mln ton i zyskiem netto powyżej 200 mln zł.

W ostatnich dniach są prowadzone rozmowy związkowców i zarządu Polskiej Grupy Górniczej w kontekście podwyżek…

Górnictwo zostało pozostawione samo sobie już 10 lat temu. W stosunku do tej branży obserwowałem przez ten czas festiwal populizmu, zaklinania rzeczywistości i braku realizmu. Górników przez lata zapewniano o świetlanej przyszłości, zapewniano o ich znaczącej roli w polskiej gospodarce, zapewniano o tym, że nie będzie likwidacji kopalń.

Pan prezydent posunął się nawet do określenia, że węgla mamy na 200 lat i nie pozwoli jak to ujął ,,zamordować górnictwa”, Pani premier Szydło mówiła o kole zamachowym gospodarki. Wtórował im premier Morawiecki. Wcześniej premier Tusk też zapewniał górników ze nie będzie likwidował kopalń.  To wszystko było skrajną nieodpowiedzialnością. Część kopalń w Polsce jest trwale nierentownych. Tymczasem ograniczono inwestycje w tych kopalniach, które miały potencjał po to, aby utrzymać nierentowne zakłady. Obecne żądania górników są efektem zapewnień sprzed lat. Górników utrzymywano w przekonaniu, że pomimo złej sytuacji ekonomicznej zakładów górniczych, ich apanaże są efektem woli politycznej rządzących. Od lat budżet państwa dopłaca do funkcjonowania kopalń wiele miliardów złotych.

Skoro więc dopłaca i jest to akceptowalne dla polityków, to czemu górnicy nie mają oczekiwać polepszenia swoich warunków finansowych? Przecież są tak istotni dla gospodarki… Ten populizm i politykierstwo dziś zbiera swoje żniwo. Górnikom trzeba było uczciwie zakomunikować jakie są realia. Trzeba było pomagać i finansować przekwalifikowanie zawodowe. Działalność gospodarczą prowadzi się po to, aby generować zyski, a nie straty. Ostatnie 10 lat to chocholi taniec wokół branży. Odnoszę wrażenie że dyskusja o górnictwie prowadzona jest w oderwanej od rzeczywistości formule, w której związkowcy i politycy wzajemnie się oszukują zaklinając solidarnie tą rzeczywistość. Mamy więc do czynienia z nierealną rzeczywistością, nierealnymi przyczynami problemów tej branży i w konsekwencji z ułomnymi sposobami ich rozwiązania.

Co zatem należało zrobić? 

Dał przykład rząd Jerzego Buzka. W tamtym czasie ciągu czterech lat w efekcie stworzonych przez rząd współpracujący z Solidarnością górniczą, mechanizmów osłonowych,  z górnictwa odeszło dobrowolnie ok. 100 tys. górników. To otworzyło możliwość likwidacji częściowo i całkowicie 23 kopalń.

Efekt ekonomiczny tej reformy polegał na tym, że ze straty na tonie węgla sięgającej ok. 23 złotych, po czterech latach doszliśmy do zysku na poziomie 7,5 złotego. I osiągnęliśmy to przy stosunkowo niskich cenach węgla, które wtedy funkcjonowały. Po latach przyszły czasy wysokich cen, spółki górnicze notowały zyski na poziomie ponad dwóch miliardów złotych rocznie. Niestety, następne rządy zachłysnęły się tymi wynikami i reforma wyhamowała. Efekt widzimy dzisiaj.

Jak zatem według Pana powinna wyglądać przyszłość górnictwa? 

To wszystko zależy od tego o jakim konkretnie zakładzie mówimy. Nie możemy podchodzić do tego tematu jako ogółu. Są zakłady górnicze, które powinny zostać zlikwidowane a nie, jak to się dziś mówi, „wygaszone”. To określenie, to właśnie przykład takiej nowomowy politycznej. Kopalnie powinny być likwidowane w oparciu o dogłębne analizy geologiczne i ekonomiczne. Są natomiast takie kopalnie, które wciąż mogą funkcjonować i przynosić zyski jako odrębne podmioty. O przyszłości tego biznesu, tak jak w każdym innym przypadku powinny decydować czynniki ekonomiczne, a nie polityczne. Oczywiście w pejoratywnym tego słowa znaczeniu.

Rozmawiał Mariusz Marszałkowski

Klub Jagielloński: Rząd jest zbyt ustępliwy wobec górników, ale dobrze reaguje na kryzys energetyczny