Wiśniewska: Polityka klimatyczna weszła do Unii Energetycznej tylnymi drzwiami (ROZMOWA)

7 lipca 2016, 11:15 Energetyka
Jadwiga Wiśniewska

ROZMOWA

Jadwiga Wiśniewska

Poseł do Parlamentu Europejskiego

W rozmowie z portalem StopWiatrakom.eu Poseł do Parlamentu Europejskiego Jadwiga Wiśniewska mówi o skutkach rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie sprawozdania z postępów w dziedzinie energii odnawialnej oraz spraw rozwoju OZE.

StopWiatrakom.eu: Jakie będą konsekwencje przyjętej przez PE rezolucji? Czy można powiedzieć, że Komisja Europejska dostała silny mandat od Parlamentu do tego, by kontynuować prace nad rewolucją OZE? Jak może wyglądać nowa dyrektywa o OZE?

Jadwiga Wiśniewska – Poseł do Parlamentu Europejskiego: Przyjęta 23 czerwca br. przez Parlament Europejski rezolucja ws. postępów w realizacji określonego na 2020 r. celu rozwoju energetyki odnawialnej – sygn. 2016/2041(INI) – to kolejny dowód na to, że w Brukseli obowiązuje prosta zasada: „jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów”. W tym wypadku rezultat prac komisji ITRE – oficjalnie zajmującej się przecież sprawami przemysłu, badań naukowych i energii – ma wyjątkowo mało wspólnego z nauką. Kształt zarówno dokumentu opracowanego na szczeblu komisji, jak i tego ostatecznie przyjętego przez Parlament są przykładem bezkrytycznej wiary w potęgę energetyki odnawialnej. Co ciekawe, sprawozdanie jest zdecydowanie bardziej radykalne od tego, co w swojej opinii przedstawiła znana z entuzjastycznego podejścia do ochrony środowiska komisja ENVI. W przyjętym przez nią stanowisku podkreślono – na mój wniosek – m.in. konieczność zrównoważonego wykorzystania potencjału surowców dostępnych w UE w celu poprawy jej bezpieczeństwa energetycznego. Jednak wbrew rekomendacjom ENVI, w rezolucji Parlament nie poparł budowania nowego oddolnego modelu wykorzystywania OZE – modelu opartego o potencjał surowcowy poszczególnych państw członkowskich. Energetyka odnawialna zorientowana na zasoby krajowe byłaby krokiem w stronę racjonalizacji dotychczasowej strategii UE. Byłaby to zmiana pokazująca, że Bruksela rzeczywiście chce poprawiać jakość powietrza, a nie tylko wyniki finansowe określonych grup interesu. Ta zmiana optyki byłaby jednak równoznaczna z odejściem od utrwalonego modelu promującego technologie pochodzące z krajów starej Unii, na co nie chce się zgodzić żaden z dotychczasowych beneficjentów. To dlatego w ostatecznym głosowaniu Parlament uznał, że unijna polityka energetyczna powinna „unikać wyboru technologii niezgodnych z zasadą dekarbonizacji”, a więc wszelkich rozwiązań opartych na węglu. Komisja Europejska otrzymała zatem (nomen omen) zielone światło, aby prace nad odnawialną rewolucją szły dalej w tym samym, co wcześniej – irracjonalnym – kierunku. Choć projekt zrewidowanej dyrektywy o OZE nie ujrzał jeszcze światła dziennego, jednak nie spodziewam się po nim trzeźwej oceny faktów. Komisja nie lubi przyznawać się do błędów. Używam tego określenia celowo, bo pomyłka to najłagodniejsza kategoria, do jakiej można zakwalifikować dotychczasową politykę klimatyczną UE. Ta niechęć do samokrytyki jest zresztą powszechna – dziś dostrzegamy ją również w odniesieniu do wyników brytyjskiego referendum. Wiele wskazuje na to, że już niebawem to samo podejście, polegające na wypieraniu ze świadomości faktów o katastrofalnym wpływie polityki klimatycznej na stan unijnej gospodarki, będziemy obserwować w odniesieniu do dyrektywy OZE.

Wiemy, że Komisja Europejska zapowiedziała, że już na jesieni poznamy szczegóły projektu unii energetycznej? Czy przyjęcie rezolucji przez PE będzie miał wpływ na kształt tego projektu?

Unia energetyczna jest projektem, do którego polityka klimatyczna została wprowadzona tylnymi drzwiami. Wszystko wskazuje jednak na to, że zagościła ona w nim na stałe. Przypomnę, że, gdy wiosną 2014 r. Donald Tusk, wtedy jako premier Polski, przedstawił postulat utworzenia w ramach unijnej integracji Unii Energetycznej, miała ona ochronić europejski rynek energii przed wyzwaniami geopolitycznymi, których sztandarowym przykładem są monopolistyczne praktyki Gazpromu. Działania priorytetowe zakładały wówczas włączenie się Komisji w relacje handlowe zawierane z dostawcami energii oraz wykorzystywanie krajowych źródeł energii. Plan działania Komisji Junckera odwrócił jednak koncepcję unii energetycznej o 180 stopni, a z początkowych propozycji zostało niewiele poza dużą ilością medialnego szumu: unię energetyczną opartą na rehabilitacji węgla zaczęto przekształcać w unię stawiającą na dekarbonizację. Postulat bezpieczeństwa dostaw zredukowano do jednego z pięciu filarów polityki energetycznej (obok odejścia od gospodarki opartej na paliwach kopalnych, integracji europejskich rynków energii, efektywności energetycznej, oraz badań, rozwoju i konkurencyjności). Z upływem czasu projekt dryfuje w coraz bardziej niekorzystnym dla Polski kierunku. Wiceprzewodniczący Komisji, Milos Šefčovič, już stwierdzi, że priorytetem podczas prac nad unią energetyczną jest dla niego… budowa nieskoemisyjnej gospodarki. Obawiam się zatem, że tendencja do czynienia z unii energetycznej kolejnego wcielenia polityki klimatycznej będzie wyłącznie postępować. Przyjęta rezolucja, w której uczynienie z UE światowego lidera w dziedzinie energetyki odnawialnej uznano za „imperatyw unijnej polityki przemysłowej”, z pewnością nie jest impulsem do odwrócenia tego trendu.

Czy w związku z wyraźnym naciskiem na realizację pomysłu „dekarbonizacji energetyki i gospodarki” możliwe jest wprowadzenie do nowych regulacji europejskich (dyrektywa o OZE i projekt unii energetycznej) zapisów gwarantujących odrębne traktowanie polskiej energetyki, która oparta jest o energetykę węglową?

Wprowadzenie tego typu postanowień z pewnością byłoby bardzo pożądane. Obawiam się jednak, że w obecnych realiach politycznych inicjatorem tych zmian nie będzie raczej Parlament Europejski. Jak udowodnił przykład rezolucji w sprawie postępów w realizacji polityki klimatycznej 2020 w odniesieniu do OZE, parlamentarna większość dostrzega wyłącznie jeden sposób realizowania celów klimatycznych i jest nim dekarbonizacja. Upór w eliminowaniu z europejskiej gospodarki jakiejkolwiek formy węgla jest tak dalece posunięty, że nie są go w stanie przełamać nawet argumenty pochodzące z parlamentarnej komisji ds. środowiska. Przy tak absurdalnej i ugruntowanej wizji budowania gospodarki, z jaką obecnie mamy do czynienia w PE, trudno będzie o szybką zmianę optyki na rzecz ochrony i wykorzystania polskiego węgla. Nie oznacza to oczywiście, że na szczeblu parlamentarnym nie walczymy o wykorzystanie krajowych zasobów energetycznych. Dużo większe pole manewru istnieje jednak na szczeblu międzyrządowym, w Radzie. Dziś wiele wskazuje na to, że rządy państw Grupy Wyszehradzkiej pod przewodnictwem Polski będą opracowywały wspólne stanowisko na potrzeby negocjacji nad tzw. II pakietem klimatyczno-energetycznym UE na lata 2020-2030. Pytania o konkretne kroki podejmowane w tej sprawie powinny być jednak kierowane bezpośrednio do resortów energii oraz środowiska.

Czy Pani zdaniem, Polska w oparciu o treść przepisu art. 194 ust. 2 TFUE może bronić poglądu, że zapewnienie bezpieczeństwa dostaw energii w Polsce może się odbywać w głównej mierze oparciu o energetykę węglową i że rozwój OZE nie powinien wyeliminować węgla z naszej struktury wytwarzania energii?

Przepisy prawa pierwotnego są w tym względzie jasne i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, choć z pewnością wiele osób – zarówno lobbystów, jak i deputowanych – chciałoby tę sprawę widzieć inaczej. Zgodnie z art. 195 ust. 2 TFUE żadne akty prawne przyjmowane przez Parlament Europejski i Radę nie mogą ingerować w suwerenne prawo państwa członkowskiego do samodzielnego określania swojego koszyka energetycznego. Jedyny przewidziany w przepisach wyjątek to sytuacja, w której przyjmowane są środki znacząco wpływające na krajowy miks energetyczny oraz na ogólną strukturę zaopatrzenia państwa członkowskiego w energię (art. 192 ust. 2). W tym wypadku interesy państw członkowskich zabezpiecza jednak traktatowy wymóg jednomyślności podejmowania decyzji w Radzie. Myśl przewodnia jest zatem jasna i prosta: koszyki energetyczne są kwestią krajową, a w razie przyjmowania środków mogących w tę strefę wkroczyć, zdanie żadnego państwa członkowskiego nie może zostać pominięte. Wizja stworzenia z Unii Europejskiej zielonego lidera jest jednak w Brukseli tak silna, że w oficjalnych dokumentach można zaleźć stwierdzenia wywracające tę logikę do góry nogami. W uzasadnieniu przyjętego niedawno sprawozdania o postępach w realizacji celów OZE określonych na 2020 r. możemy przeczytać, że celem autorów było przyjęcie dokumentu będącego „ambitnym impulsem politycznym” umożliwiającym dalsze przekształcanie koszyków energetycznych państw członkowskich. Problemem nie jest zatem brzmienie przepisów – te stoją po stronie zdrowego rozsądku – lecz praktyka ich stosowania. Doskonale uwidacznia to przebieg prac nad decyzją o utworzeniu Rezerwy Stabilności Rynkowej – mechanizmu sztucznego zawyżenia ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla poprzez wycofanie z rynku części z nich. W dążeniach do powołania Rezerwy Parlament Europejski i Rada były tak zdeterminowane, że decyzję w tej sprawie wydały z pominięciem traktatowo wymaganej jednomyślności. Zupełnie nie trafiały do nich argumenty, że ingerencja w cenę certyfikatów emisyjnych ma bezpośrednie przełożenie na opłacalność wytwarzania energii elektrycznej w oparciu o technologie węglowe, a więc decyduje o krajowej strukturze wytwarzania energii. W grudniu minionego roku polski rząd zaskarżył decyzję o utworzeniu Rezerwy do unijnego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu wnosząc o stwierdzenie jej nieważności. Pytanie tylko, czy sala sądowa faktycznie jest najlepszym miejscem do decydowania o kształcie unijnej polityki klimatyczno-energetycznej.

Czy Komisja Europejska przedstawiła chociaż szacunkowe wyliczenia spodziewanego wzrostu cen energii w Europie i w poszczególnych krajach członkowskich w związku z planami oparcia energetyki i gospodarki o OZE w perspektywie do 2030 r?

Komisja danych o wpływie dotychczasowej polityki klimatycznej na ceny energii nie przedstawia, co więcej – nie za bardzo wiadomo, czy w ogóle ma zamiar je publikować. Jednym z niewielu jasnych punktów w tekście rezolucji 2016/2041(INI) jest sformułowany w niej apel do Komisji, aby w kolejnych sprawozdaniach z postępów energetyki odnawialnej zawierała ocenę wpływu energii z OZE na koszty i ceny, a zwłaszcza na ceny płacone przez gospodarstwa domowe. Dziś sprawozdania publikowane przez Komisję w ogóle tej kwestii nie poruszają, podobnie jak analiza efektywności i skuteczności dyrektywy OZE (tzw. analiza REFIT) sporządzana na zamówienie KE. Liczby nie pozostawiają wątpliwości: istnieje wyraźna korelacja pomiędzy wysokością cen energii elektrycznej a udziałem energetyki odnawialnej w krajowym koszyku energetycznym. Niemiecka energetyka, aspirująca do tytułu zielonego lidera Europy, kosztami transformacji energetycznej obarcza szeregowych konsumentów, ponieważ bez szerokich zwolnień obniżających ceny prądu, krajowy przemysł nie udźwignąłby cen windowanych przez OZE. W konsekwencji, w 2015 r, jak podaje Bundesnetzagentur, dopłata do rozwoju energetyki odnawialnej, którą co miesiąc uiszczają niemieccy odbiorcy prywatni, stanowiła prawie 25% ceny pobieranej przez nich energii elektrycznej. Nie ulega wątpliwości, że wpływ OZE na wysokość cen energii elektrycznej to jedna z najbardziej zapalnych kwestii w dyskusji o rozwoju energetyki odnawialnej – Komisja nie może udawać, że nie zna skutków swoich dotychczasowych posunięć. Zdrowy rozsądek nakazywałby uwzględnienie tego aspektu w ocenie skutków regulacji (analiza Impact Assessment) przy okazji prac nad zmianą dyrektywy OZE. Mam nadzieję, że tym razem taka analiza cen zostanie przez KE przeprowadzona. Problem polega jednak na tym, że unijna polityka klimatyczna wielokrotnie pokazywała już, że ze zdrowym rozsądkiem nie ma zbyt wiele wspólnego.

Czy przyjęte w grudniu 2015 r. Porozumienie Paryskie na COP21 może posłużyć Polsce do zagwarantowania sobie własnej ścieżki rozwoju energetyki i realizacji pakietu klimatycznego, czy też bez względu na elastyczne zapisy Porozumienia Paryskiego Komisja Europejska będzie dążyła do zaostrzenia celów klimatycznych w Europie?

Porozumienie Paryskie to dokument bardzo potrzebny w debacie o optymalnym modelu walki ze zmianami klimatu, a prace nad tzw. II pakietem klimatyczno-energetycznym UE na lata 2020-2030 z pewnością nie będą mogły być oderwane od tego, co w grudniu 2015 r. ustalono w Paryżu. Szczyt COP 21 przede wszystkim przywrócił do debaty publicznej dwufilarową – jedyną zasadną naukowo – koncepcję działania na rzecz ochrony atmosfery. Z jednej strony zakłada ona redukcję emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, a z drugiej uwzględnienie roli lasów jako naturalnych pochłaniaczy dwutlenku węgla. To naprawdę nowa jakość troski o jakość powietrza w porównaniu ze strategią dotychczas forsowaną przez Unię Europejską, która maniakalnie koncentruje się wyłącznie na redukcji emisji. W nawiązaniu do postanowień z Paryża, Polski rząd już wyszedł z inicjatywą na rzecz włączenia dwutlenku węgla pochłanianego przez lasy do unijnego systemu handlu emisjami (EU ETS), a stanowisko to z pewnością zostanie podtrzymane podczas negocjacji nad nowymi ramami klimatyczno-energetycznymi. Zalety lasów dostrzegł już Parlament: w sprawozdaniu 2016/2041(INI) podkreśla, że zrównoważona gospodarka leśna ma kluczowe znaczenie dla rozwoju bioróżnorodności oraz ekosystemowej funkcji lasów – naturalnych pochłaniaczy CO2. Istnieje zatem pewna nadzieja, że COP 21 będzie miał pozytywny wpływ na kształt unijnej polityki klimatycznej i sprawi, że nie będzie ona zjawiskiem zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Nie wolno jednak zapominać, że bez realnych – a nie wyłącznie deklarowanych – działań na rzecz ograniczenia emisji przez największych światowych trucicieli, porozumienie paryskie będzie tylko bezwartościowym kawałkiem papieru. Całego świata nie uratuje choćby najambitniejsza polityka klimatyczna Unii Europejskiej, która w 2030 r. będzie odpowiadała za mniej niż 5% światowych emisji.

Europejskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej złożyło już formalną skargę do Komisji Europejskiej na dopiero co uchwaloną przez polski Parlament ustawę o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych (ustawa odległościowa). Obawiamy się zbyt jednostronnego przedstawiania Komisji przyczyn pojawienia się takiej regulacji w Polsce i możliwych jej skutków. Jak polski rząd odnosi się do tych zarzutów?

Faktycznie, w mediach pojawiają się doniesienia o zaskarżeniu tzw. ustawy odległościowej przez organizacje stojące po stronie polskiego sektora OZE. Dziś trudno jest jednak powiedzieć ile jest w tych informacjach prawdy i czego dokładnie dotyczą przesłane do Brukseli zarzuty skarżących – po wpłynięciu skargi dokładną jej treść zna tylko Komisja Europejska oraz sam skarżący. Polski MSZ będzie miał okazję zapoznać się z treścią zarzutów dopiero wtedy, gdy KE uzna, że na podstawie przedstawionych jej informacji istnieje ryzyko naruszenia prawa UE, a skarżący wyrazi zgodę na przesłanie dokumentu. Dopiero wtedy, na etapie postępowania nieformalnego, polski rząd będzie w stanie w pełni odnieść się do formułowanych wobec ustawy zastrzeżeń. Na chwilę obecną piłka znajduje się po drugiej stronie boiska, a strona rządowa może jedynie czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

Źródło: StopWiatrakom.eu