Zygmuntowski: Planowanie zamiast kapitalizmu w walce z katastrofą klimatyczną

17 sierpnia 2021, 07:30 Energetyka
klimat zmiany 2
Źródło: freepik.com

Dyskusja o zmianach klimatu w Polsce wciąż toczy się między denialistami, a zwolennikami dalszej korekty kapitalizmu. Ostatni raport IPCC w moim odczuciu nie pozostawia wątpliwości, że konieczna jest gruntowna zmiana systemu w kierunku planowania gospodarczego, dzięki czemu to korporacje, a nie obywatele poniosą ciężar zmian. Kluczowe pytanie to jak wzmocnić demokratyczne planowanie zamiast dyktatu kapitału – pisze Jan Zygmuntowski z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Teksty z ostatnich dni streściły już główne ustalenia raportu IPCC. Najważniejszym jest to, że wzrost temperatury o 1,5 stopnia Celsjusza jest nieunikniony, a obecna ścieżka działań pozorowanych w zakresie redukcji emisji doprowadzi do wzrostu o 2,7 stopnia do 2100 roku, czyli gradualnej katastrofy klimatycznej. W jej wyniku setki milionów ludzi będą musiały uciekać z miejsc zamieszkania, a straty gospodarcze z powodu nagłych zdarzeń pogodowych będą porównywalne ze zniszczeniami wojennymi.

Rzadko kiedy komentarz do raportu IPCC wywołuje taką dyskusję jak ten o gospodarce planowej. Największym nieporozumieniem jest utożsamianie planowania z obecną polityką klimatyczną Unii Europejskiej, która jest daleka od takich metod. Od blisko 20 lat testujemy mechanizm uprawnień do emisji, który jest przecież realizacją najbardziej rynkowych koncepcji, bazujących na pracach Artura Pigou. EU ETS to wprost instrument finansowy, którym można handlować na rynku. Niedawno analityk Marek Lachowicz zauważył, że na EU ETS mamy do czynienia z bańką spekulacyjną, napędzaną przez ogromne fundusze inwestycyjne i korporacje. Zamiast służyć transformacji, w rękach kapitału mechanizm dusi przemysł i utrudnia ponoszenie kosztów inwestycyjnych przez mniejsze podmioty takie jak np. miejskie elektrociepłownie.

Co gorsza, neoliberalna polityka klimatyczna opiera się nie o techniczne i fizyczne zjawiska, jak np. dostępność i zużycie surowców czy gęstość (nośnika) energii, ale o rynkowe ceny i bodźce inwestorów, których horyzont inwestycyjny jest zdecydowanie krótkoterminowy. Nawet proponowany obecnie pakiet Fit for 55, chociaż zawiera elementy planowania jak wyznaczanie celów, pozostawia znów ich wykonanie czysto rynkowym mechanizmom. Wielcy sobie poradzą, ale mali?

Spostrzeżenia osób sceptycznych wobec polityki klimatycznej nie są zatem bezpodstawne. Jednak parafrazując znane powiedzenie, to nie polityki klimatycznej nie znosicie, tylko kapitalizmu.

Dlaczego planowanie zamiast kapitalizmu

W kapitalizmie sukces definiuje maksymalizacja zysku i akumulacja kapitału, co doprowadziło nas do obecnej sytuacji: eksternalizacji kosztów środowiskowych, oligo- i monopolizacji rynków, zwalczania przez dekady ustaleń nauk klimatycznych. To co wyróżnia planowanie, to zastąpienie konkurencji współpracą. Zamiast czekać, aż zwycięży jeden podmiot, który najlepiej zużywa zasoby, dzielimy role między podmioty, by każdy odegrał swoją rolę.

Gospodarka planowa to taki sposób gospodarowania, w którym alokacja zasobów odbywa się na podstawie planu, a nie rynku. W najprostszym ujęciu oznacza to, że konkurencję podmiotów rynkowych zastępuje konieczne uzgadnianie planu, a potem jego realizacja. Plan nie ma nic wspólnego z centralnym czy ręcznym sterowaniem (czy bowiem działania garstki CEO największych korporacji to nie właśnie – ręczne sterowanie?), bo równie dobrze może powstawać w innej formie, zdecentralizowanej czy demokratycznie uzgadnianej.

Z pewnością rynek działa tam, gdzie stosunek cena/jakość ma wiodące znaczenie, a obywateli stać na sensowne „głosowanie portfelem”. Ale obecnie mamy do czynienia z produkcją tak zglobalizowaną, że nie umiemy ocenić jako konsumenci jej wpływu na środowisko, czyli prawdziwego kosztu, a nie rynkowej ceny. Wszystkie próby rynkowego bojkotu konsumenckiego i kolejne kampanie rezygnowania z pewnej części konsumpcji są tak naprawdę przerzucaniem kosztów na społeczeństwo. Tam, gdzie zmiany klimatu wywołały już katastrofy (jak choćby podczas zamieci w Teksasie) widać, że metody rynkowe oznaczają ostatecznie przerzucanie kosztów na ludzi – przerwy w dostawach prądu, racjonowanie dóbr czy dostępu do usług publicznych.

Ktoś zatem poniesie koszty transformacji (lub jej braku), ale będą to albo konsumenci na rynku, albo korporacje realizujące wyznaczony plan. Setka największych korporacji odpowiadająca za 71 procent wszystkich emisji od 1988 roku obrała kurs na zachowanie status quo tak długo jak się da – i nie ma co się na to obrażać, bo taka jest logika systemu. Tylko trzeba się zgodzić, że to system jest do zmiany.

Planowanie jest z nami od dawna

Historycznie planowanie było obecne wszędzie tam, gdzie wysiłek gospodarczy musiał być skoncentrowany z powodu realnych ograniczeń fizycznych. Tak, to między innymi dramatyczna modernizacja Rosji radzieckiej; ale również Nowy Ład Roosevelta, dużo bardziej radykalny niż dzisiejsze umiarkowane korekty kapitalizmu noszące podobne nazwy. Planowanie na dużą skalę to także gospodarka wojenna USA czy Wielkiej Brytanii, a po wojnie odbudowa Europy w oparciu o Plan Marshalla.

Jako gdynianin z przyjemnością przypomnę też o budowie mojego rodzinnego miasta, będącej “dowodem na dominację modelu modernizacji odgórnej, w której rząd odgrywa rolę wyłącznego sprawcy, nie zaś moderatora rozwoju” jak ocenił to konserwatysta Rafał Matyja w “Gruncie miejskim”. Dla warszawiaków równie drogi będzie przykład odbudowy stolicy po II wojnie światowej, będący zresztą elementem odbudowy całej Polski w nowym, zmodernizowanym kształcie.

Dziś podziwiane tygrysy azjatyckie w okresie swojego boomu miały też więcej wspólnego z planowaniem niż z libertariańsko postrzeganym wolnym rynkiem; a sukces modernizacji Indii po kolonialnym wyniszczeniu czy współczesnych Chin to także historie planowania gospodarczego. Dowodzi to także, że planowanie nie ogranicza się ani do krajów autorytarnych, ani demokracji; nie jest możliwe tylko w krajach Globalnej Północy czy Południa.

Czasem przywoływane jest Jezioro Aralskie jako dowód, że planowanie niszczy środowisko. To jednak fundamentalne niezrozumienie, że planowanie nie jest dobre samo w sobie, ale jedynie pozwala efektywnie osiągać założone cele, które muszą zostać racjonalnie wyznaczone. Trzeba koniecznie przypomnieć, że to francuska doktryna „dirigisme” (dosłownie: kierowania) i Plan Messmera doprowadziły do wybudowania ponad 50 elektrowni jądrowych. W efekcie francuskie planowanie zapewniło niskoemisyjną gospodarkę (emisje CO2 we Francji: 35g/kWh, 4,62 ton per capita), natomiast niemieckie Energiewende, oparte o rynkowe inwestycje, ulgi i dopłaty, nie może wciąż pochwalić się znacznym sukcesem (emisje CO2 w Niemczech: 266g/kWh, 8,52 t per capita).

Nieprzypadkowo piszę o energetyce jądrowej, która powstała w wyniku zaplanowanych działań badawczych państwa. Historia współczesnych innowacji jest pełna takich historii, dowodząc, że przedsiębiorczość nie stoi w sprzeczności z planowaniem. Prof. Mazzucato, ekonomistka z UCL, od dawna przekonuje, że potrzebujemy skoordynowanego wysiłku na skalę Programu Apollo, który wyznaczy role i zapewni środki do realizacji celu. Jej mission-oriented economy to właśnie gospodarka planowa.

Odrobione lekcje i ćwiczenia przed egzaminem

Wobec skali wyzwania – konieczności planowania dla całego globu, ważąc interesy krajów Globalnej Północy i Południa – musimy posłużyć się nowymi technologiami. Światowa gospodarka i klimat to nie proste, liniowe zależności, ale kompleksowe systemy. Mamy dość danych z sieci energetycznych, pomiarów satelitarnych i innych źródeł, aby coraz racjonalniej oceniać źródła emisji i znajdować kluczowe punkty interwencji. Ten krok w historii człowieka to nie krwawa rewolucja, ale ewolucja do której musimy dorosnąć jako globalna cywilizacja napędzana postępem technologicznym.

Wiemy już, że centralne sterowanie jest nieskuteczne jako metoda – ani w korporacyjnym, ani w państwowym kapitalizmie. Kluczem dobrego planowania jest demokratyczna kontrola nad wyznaczaniem celów i realizacją planu. Demokracja ekonomiczna to właśnie ta obietnica, którą składa kapitalizm, w rzeczywistości tworząc fundamentalne nierównowagi i konsolidując władzę. Ale również państwowe molochy bały się transparentności. Demokratyczne planowanie to siła innowacji cyfrowych w połączeniu z pluralizmem instytucji planistycznych, realnym dialogiem i reprezentacją obywateli w radach nadzorczych czy zarządach firm.

Dla krajów poza ścisłym kapitalistycznym centrum – a wlicza się do nich Polska – demokratyczna deliberacja jest bezpieczniejszą formą działania niż starcie z wielkim kapitałem o to na kogo przerzucimy koszty. Zarówno w przypadku rozbudowy Porozumienia Paryskiego, jak i rekalibracji unijnego Fit for 55, zamiast narzucać krajom (i w domyśle ich obywatelom) kolejne zobowiązania, punktem skupienia powinny być największe podmioty gospodarcze czyli korporacje i obowiązujący je ład światowego handlu. Dzięki temu to nie Polska, ale Exxon i Shell poniosą koszty transformacji – albo czeka je likwidacja.

Planowanie gospodarcze czeka nas w każdym scenariuszu przyszłości. W tym optymistycznym będzie polegało na demokratycznym planowaniu: odejściu od kapitalistycznego porządku korporacji zrzucających odpowiedzialności na małe firmy i ludzi, oraz wejścia na ścieżkę ogromnych inwestycji i skierowania produkcji na cele transformacji gospodarczej. W pesymistycznym nie zdążymy na czas, a katastrofa klimatyczna doprowadzi do polityki racjonowania zbliżonej do tego co obserwowaliśmy w okresach wojennych czy w szczycie pandemii koronawirusa.

Naturalnie optuję za pierwszym scenariuszem. Drugi scenariusz to natomiast ukryta oferta denialistów klimatycznych i zwolenników business as usual, zaniechaniem prowadzących nas w przepaść. Dobrze, aby jednak zrozumieli realność zmian klimatu i stanęli w obronie wolności – ale ludzi, a nie korporacji.

Jakóbik: Zielona korekta kapitalizmu w raporcie IPCC (FELIETON)