Stępiński: Lifting strategii energetycznej

12 listopada 2019, 07:30 Atom
Linia wysokiego napięcia energetyka energia
fot. Pixabay

Projekt aktualizacji strategii energetycznej 2040 roku był jednym z najbardziej wyczekiwanych dokumentów przez sektor. Miał być bardziej ambitny od pierwszej dokumentu z listopada 2018 roku. Co prawda zakłada możliwość większego ograniczenia udziału węgla w miksie energetycznym przy jednoczesnym wzroście OZE, ale okazuje się, że Polska będzie produkowała mniej energii z morskiego wiatru i atomu, a więcej… z węgla w stosunku do poprzedniego projektu strategii – pisze Piotr Stępiński, redaktor BiznesAlert.pl.

Tuż przed oficjalnym potwierdzeniem przez premiera Mateusza Morawieckiego likwidacji ministerstwa energii resort kierowany przez Krzysztofa Tchórzewski zaprezentował drugi już projekt polityki energetycznej Polski. Ówczesny minister energii przekonywał, że w dokumencie zostało uwzględnionych wiele uwag zgłoszonych w konsultacjach, ale jego priorytetem jest zachowanie ,,ewolucyjnego charakteru transformacji polskiego sektora energetycznego”. Czy rzeczywiście tak się stało?

Pierwszą, widoczną zmianą względem projektu strategii z listopada 2018 roku jest podejście do roli węgla w energetyce. O ile wówczas określono w perspektywie 2030 roku wskazano konkretny udział tego paliwa w mikście energetycznym (60 procent), o tyle w odświeżonej wersji dopuszczono możliwość , że może być niższy i wynieść między 56-60 procent. Podobny mechanizm zastosowano w przypadku OZE. Już nie jest mowa o sztywnej cenzurze 21 procent. Teraz autorzy projektu strategii dopuszczają przedział od 21 do 23 procent. Teoretycznie pozytywnie należałoby uznać założenie większych ambicji w tym zakresie. Diabeł tkwi jednak w szczegółach.

Rewolucja OZE na węgiel?

Autorzy projektu strategii zostawili sobie kilka furtek, m.in. w odniesieniu do udziału Odnawialnych Źródeł Energii (OZE). Okazuje się, że osiągniecie 23 procentowego udziału tych źródeł w mikście energetycznym będzie uzależnione od ,, przyznania dodatkowych środków unijnych, w tym na sprawiedliwą transformację”. Pomijam, że i tak proponowany przez resort energii udział OZE jest poniżej zaleceń Komisji Europejska na poziomie co najmniej 25 procent. W dokumencie opublikowanym w zeszłym tygodniu nie ma zaś odniesnień do unijnego celu neutralności klimatycznej do 2050 roku. Wspomina on jedynie, że w 2040 roku udział OZE w finalnym zużyciu energii finalnej brutto może wynieść 28,5 procent. Dla porównania udział OZE nad Wisłą wynosił 12,7 procent w 2018 roku. Mimo to zgodnie z nowym projektem strategicznej udział źródeł zeroemisyjnych ma rosnąć.

Okazuje się, że moc zainstalowana w większości źródeł OZE w 2040 roku ma być niższa od tej zakładanej jeszcze w listopadzie ubiegłego roku. W przypadku fotowoltaiki prognoza została obniżona z 20,2 do 16,062 GW. Cięcia dotknęły także morskich farm wiatrowych i to mimo informacji o przygotowaniu ustawy, która ma przyczynić się do rozwoju tej branży. O ile w wersji PEP z 2018 roku zostały wpisane 10,3 GW o tyle teraz jest to już 7,985 GW. Na liście źródeł wytwórczych, których prognozy rozwoju zostały zrewidowane negatywnie, znalazł się także gaz, wykorzystywany w elektrowniach i elektrociepłowniach. W wersji sprzed liftingu strategia energetyczna zakłada 12,445 GW. Teraz jest to 8,521 GW.

Autorzy nowej wersji projektu postanowili tchnąć więcej wiatru w lądowe farmy wiatrowe. Okazuje się, że moc zainstalowana tych źródeł ma wynieść aż 9,761 GW do 2040 roku wobec zapisanych poprzednio 0,8 GW. Czy to oznacza chęć poluźnienia gorsetu regulacyjnego, który za sprawą ustawy odległościowej z 2016 roku zablokował rozwój lądowej energetyki? Warto poczekać na wyłonienie nowego rządu i deklaracje w tej sprawie.

Stary rząd deklarował natomiast, że Polska będzie produkować mniej energii z węgla. Co prawda, udział jednostek opalanych węglem kamiennym i brunatnym w miksie energetycznym ulegnie redukcji z ok. 70 procent w 2015 roku do 40 procent w 2030 roku oraz do 19 procent w 2040 roku, to zaktualizowany projekt strategii zakłada wzrost mocy i produkcji energii z tych źródeł względem pierwotnych założeń. W przypadku węgla kamiennego i brunatnego wersja projektu strategii z ubiegłego roku wskazywała, że będą one wynosiły odpowiednio 6,5 GW (40,5 TWh) i 1,5 GW (11,7 TWh) do 2040 roku. Po aktualizacji ma to być 7,634 GW (45,7 TWh, w tym z gazem koksowniczym i wielkopiecowym) oraz 3,39 GW (17,3 TWh).

Co w takim układzie stanie się z zapotrzebowaniem na energię? Poprzedni projekt strategii energetycznej zakładał, że średniorocznie zużycie energii w Polsce będzie rosło o 1,7 procent z uwzględnieniem rozwoju technologii pomp ciepła i wzrostem zapotrzebowania w wyniku rozwoju elektromobilności. Bez ich wpływu wzrost wyniósłby tylko 1,5 procent, czyli tyle, ile zakłada nowy projekt strategii, ale w perspektywie 2015-2040, a nie jak poprzednio 2018-2040. Warto podkreślić, że te 1,5 procent zakłada potrzeby związane z rozwojem elektromobilności. Okazuje się, że zmiany dotknęły także całkowitą moc do zainstalowania w polskiej energetyce do 2040 roku. Po liftingu strategii ma być to 72,103 GW, czyli o prawie 0,5 GW mniej, niż w projekcie strategii z listopada 2018 roku.

Co dalej z atomem?

Mimo wielu różnic oba projekty zawierają elementy wspólne: realizację projektu jądrowego i uruchomienie pierwszej elektrowni w 2033 roku oraz wzrost efektywności energetycznej o 23 procent do 2030 roku (w stosunku do prognoz zużycia energii pierwotnej z 2007 roku – przyp. red.). Obie wersje dokumentu zakładają, że moc polskiego atomu ma wynieść 6-9 GW do 2043 roku, ale przewidują inne tempo dochodzenia do tego celu. W pierwotnym brzemieniu nad Wisłą miały powstać bloki o mocy 5,6 GW do 2040 roku. Teraz okazuje się, że ma być to 3,9 GW. Mimo to co 2-3 lata mają być uruchamiane kolejne reaktory.

Stępiński: Dlaczego Polska oszczędza na atomie?

Dyskusja o atomie w Polsce trwa od wielu lat, lecz nadal nie wiadomo gdzie miałby powstać pierwsza elektrownia jądrowa, kto miałby ją zbudować, ile będzie ostatecznie kosztować i kto za nią zapłaci. Na aktualizację czeka też Program Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ), która powinna nastąpić do końca tego roku. Dotychczas gorącym orędownikiem realizacji projektu był minister energii Krzysztof Tchórzewski, który wielokrotnie wyrażał nadzieję, że budowa rozpocznie się jeszcze za jego kadencji w resorcie energii. Ministerstwo ulega likwidacji a decyzji w sprawie atomu nadal nie ma.

Pełnomocnik ds. atomu?

Nie można wykluczyć, że wkrótce impas wokół projektu jądrowego może zostać przełamany.  Według naszych informacji nadzór nad Polską Agencją Atomistyki oraz projektem jądrowym mógłby zostać przekazany do nowo utworzonego ministerstwa klimatu. Byłaby to naturalna konsekwencja likwidacji resortu energii. Zwłaszcza, że resort którym ma kierować Michał Kurtyka ma odpowiadać za transformację energetyczną, której narzędziem ma być w Polsce atom. Możliwe jest także, że kontrolę nad projektem mógłby przejąć, nie minister Kurtyka, a premier Mateusz Morawiecki za pośrednictwem pełnomocnika rządu do tej inwestycji.Jeszcze w lutym informowałem o nieformalnych próbach przekonywania premiera Morawieckiego przez jego najbliższe otoczenie do pozbawienia ministra Tchórzewskiego nadzoru nad projektem jądrowym i przeniesieniem go do innego resortu. Czy stanie się tak tym razem?

Co dalej ze strategią energetyczną?

Tym samym dotykamy jednak szerszego problemu. Kto de facto będzie sprawował nadzór nad energetyką i co dalej z losami projektu strategii energetycznej? Z zarysu kompetencji przedstawionymi przez premiera w ubiegłym tygodniu odpowiedzialność za losy energetyki może być rozproszona na dwa resorty: skarbu państwa, który ma zarządzać spółkami energetycznymi oraz ministerstwo klimatu, które ma odpowiadać m.in. za transformację energetyczną. Nie można wykluczyć, że plan mniej doświadczonego wicepremiera Jacka Sasina dla spółek energetycznych, który ma objąć reaktywowane ministerstwo skarbu, będzie stał w sprzeczności z zadaniami resortu klimatu pod kierownictwem Michała Kurtyki z przeszłością w resorcie energii.

Jest to sektor ważny z punktu widzenia gospodarki i bezpieczeństwa kraju. Dlatego powinien być wystawiony na możliwie jak najmniejszą ekspozycję związaną z niepewnością regulacyjną czy decyzyjną. Tym bardziej, że lista spraw czekających polską energetykę do końca roku jest długa. Chodzi o wyjaśnienie co się stanie z cenami energii w 2020 roku. Jednak w Brukseli ważą się również losy finansowania energetyki gazowej przez Europejski Bank Inwestycyjny oraz podziału środków Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Te rozstrzygnięcia będą miały przełożenie na zmiany w polskim sektorze energetycznym.

To także określenie tego jak ostatecznie będzie wyglądała strategia energetyczna i kiedy zostanie przyjęta. Warto przypomnieć, że musi być ona zgodna z Krajowym Planem na rzecz Energii i Klimatu, który Polska musi złożyć w Komisji Europejskiej do końca roku. Na razie nawet nie wiemy czy ta zgodność została już zapewniona, jaki resort przejmie nadzór nad procesem konsultacji od ministerstwa energii, ani czy będzie kolejna wersja dokumentu. To kluczowe rozstrzygnięcie, jeżeli wziąć pod uwagę założenia nowego projektu strategii, w tym prognozy dotyczące cen uprawnień do emisji CO2, który w 2020 roku mają wynieść 17 euro za tonę. Już teraz trzeba płacić za nie ok. 25 euro. Nic nie wskazuje na to, że unijna polityka klimatyczna zelżeje, więc pułap 17 euro jest raczej pobożnym życzeniem niż realną perspektywą. Tym bardziej, że obecne ceny przewyższają prognozy na 2025 rok (21 euro) i są bliższe tym na 2030 rok – 30 euro.

Aktualizacja projektu strategii energetycznej, która jeszcze w lipcu miała trafić pod obrady rządu, zamiast wyjaśnić nagromadzone wokół niej niejasności, tworzy kolejne.

Stępiński: Ważą się losy nadzoru nad energetyką